Ważne informacje
- Co to jest Veto?
- Poradnik dla nowych graczy
- Akcje promocyjne
- Karty okazyjne
- Ranking turniejowy
- Organizowanie turniejów
- Wyszukiwarka kart
Szpiedzy i Dyplomaci
Warchoły i Pijanice
Archiwum
Sklep internetowy
O Rzeczypospolitej narodzeniu
Wiewiór · 2011-06-23 12:33:00 · Tagi: inspiracje, blog designerski, · Komentarze: 0Dziś macie okazję przeczytać porywające opowiadanie autorstwa Krzysztofa "Ksch" Schechtela o... No cóż, sam tytuł wiele zdradza, ale resztę będziecie musieli poznać, czytając tekst, do czego serdecznie zachęcam.
„Obudził go przeciągły krzyk. Określenie obudził było w tym wypadku mocno na wyrost. Tak naprawdę otrząsnął – przecież nie spał już od wielu godzin. Spojrzał w kierunku drzwi od bocznej izby. Czuł, że drżą mu ręce. Przygryzł wąsa, wstał. Strop jego domu nie należał do niskich, ale dla niego niemal wszystkie były zbyt niskie. Lekko pochylony, podszedł pod drzwi. Ponowny wrzask odrzucił go jednak od nich skutecznie. Padł na kolana i trzymając się oburącz za głowę w kółko powtarzał: „nie wytrzymam, nie zdzierżę, Boże, miej ich w opiece i modlił się, a tymczasem z izby dochodziły wrzaski przeraźliwe. Poczęło wreszcie świtać. Jak powiadają, pierwsze promienie słońca twarz pana Rozdrażewskiego oświetlały, kiedy drzwi się otwarły. Poderwał się na równe nogi. Zza drzwi wyszła bardzo stara kobieta. Twarz miała pomarszczoną niczym przejrzałe winogrono, cerę ziemistą, policzki zapadnięte, a spojrzenie tak zbolałe, jakby wszystkie troski tego świata w nim nosiła. Dopadł do niej pan Rozdrażewski, za ramiona porwał i począł nią całą potrząsać żądając wieści.
- Nic pewnego jeszcze panie – zasnęła, ale dziecka powić wciąż nie może. – Ich los niepewny.
Kasztelan pobladł, jego gwałtowne zazwyczaj oblicze – to, które wszyscy z burd i zajazdów pamiętamy, stężało. Łzy z oczu poczęły mu cieknąć...”
- I jak sprawa się zakończyła? – zapytał przejętym głosem pan Lew – sam zawadiaka tęgi i do burdy skory.
- Powolutku mospanie, po kolei – nastroszył się nieco pan Daniłłowicz – historię całą opowiadający. – Trzeba kontekst cały znać, przecież ja Wam panowie nie naświetlam tego, aby historię narodzin sprzedawać!
- Cierpliwości – napomniał go Kociełło.
- No to wyjaśniaj Wasze te swoje konteksty – odburknął pan Lew, wąsy w węgrzynie maczając.
- Więc najważniejsze, że dwa tygodnie po wyborze psiego króla to było – pogardliwie rzucił Stanisław Daniłłowicz.
- Waszmość powagę świętego urzędu obrażasz – gwałtownie zareagował Stefan Lew – znany Wojewody Ruskiego stronnik.
- Nieprawny król ma tyle świętości co, za przeproszeniem, kuś wałacha mojego stryjka – zripostował pan Stanisław.
Pan Stefan skrzywił się tylko, widać sam się ze sprawą mocno gryzł i zdania pewnego na ten temat nie miał.
- Mów zatem dalej, Mospanie Daniłłowiecz – powiedział pojednawczo po chwili.
Obaj jego rozmówcy wyraźnie odetchnęli widząc, że Lew króla bałwochwalcy bronić nie zamierza.
„Starucha spojrzała głęboko w oczy szlachcica i szepnęła jeno: - Odwagi – i na odgłos kolejnego wrzasku do pokoju wróciła. I wówczas na majdanie się zakotłowało, Rozdrażewski usłyszał tętent wielu kopyt, doszedł do okna, w sam raz, aby zauważyć wjeżdżających Spahisów. Interweniujący pachołek padł jak długi pod szablą turecką. Szlachcic porwał wiszącą na ścianie husarkę i wybiegł na podwórze.
- Luśnia, Atanazy, Borek! – wrzeszczał ku Turkowi biegnąc. Czeladź próbowała czym prędzej dotrzymać mu kroku.
Spahisi tymczasem stanęli na znak najwyższego z jeźdźców – nie-Turka, o szczurzo przebiegłej twarzy. Podjechał on, swobodnie z konia zeskoczył przed Rozdrażewskim i pokłonił się z uśmiechem.
- Witam Waćpana – rzekł. – Jestem Hamzy Abakanowicz, uniżony sługa naszego króla oraz zarządca tej okolicy.
Rozdrażewski poczerwieniał na twarzy.
- Kim Waść jesteś? – odparł gniewnie.
- Za-rzą-dcą – przesylabował ciesząc się każdą częścią tego wyrazu. Następnie sięgnął za pazuchę i wydobył z niej pismo. „Ja, z łaski Allaha król Lechistanu, Ibrahim I, zarządzam co następuje: każdy szlachcic zobowiązany zostaje do udzielenia wszelkiej pomocy moim sługom i poddanym, kiedy ci o to poproszą. Na ten przykład, użyczą domostwa, strawy a napitku, grosza nie poskąpią, konie użyczą. Ktokolwiek rozkaz ten waży się złamać, ten jak pies przed Mój Majestat rzucony zostanie i na palu skończy, gdzie jego miej...”
- Rozdrażewski nie dał dokończyć psiemu synowi, szabla świsnęła w powietrzu, tamten jednak najwidoczniej spodziewał się takiego przebiegu sprawy – tłumaczył, żywo gestykulując Daniłłowicz. Odskoczył przed ostrzem pod koniem się prześliznął, tarczę żywą z niego robiąc. Nasz kasztelan sięgnąć go próbował, lecz wonczas runęli w ich stronę spahisi...
Tu pauzę pan Stanisław zrobił, aby wrażenie jakie jego słowa na Lwie zrobiły, ocenić. Długo jednak dumać nad tym nie musiał, gdyż pan Stefan siedział blady, z zaciśniętymi zębami, rękojeść szabli raz za razem chwytając.
- Było ich sześciu – podjął pan Stanisław. - Każden przy spisie – dodał ponuro. - Żeby czeladź Rozdrażewskiego przy broni była, toć może mieliby szanse.
Kociełło na znak zgody pokiwał głową ponuro.
- Kiedy pogrzeb Jakuba?! – wypalił wstając Lew, a głos miał tyleć straszny, co trzęsący się i przejęty.
Kociełło spojrzał na Daniłłowicza – obaj wiedzieli o jakimś Rozdrażewskiego z Lwem zajściu, sprzed miesięcy dwóch około, lecz nie sądzili, że ono do takiej komitywy obu doprowadziło. Pierwszy zareagował Kociełło:
- Siadaj panie Stefanie – rzekł łagodnie, jak to zazwyczaj miał w zwyczaju – wszak człekiem był pobożnym i spokojnym. – Daj Daniłłowiczowi dokończyć.
Pan Lew siadł ciężko na stolec, dyszał przy tym niczym kowalski miech.
- Więc Spahisi zaatakowali...
„Jeden Luśnia miał krócicę nabitą, więc strzelił, jednego z pohańców z konia zwalając. Spahisi wrzeszcząc natarli właśnie Luśnię szczególnie za cel obierając. Pierwsza spisa przebiła jego ramię nim za szablę porwał, druga odcięła poważny płat skóry ze skroni, trzecia chybiła, więc pachołek rzucił się między konie spisę w swej ranie łamiąc. Borek miał mniej szczęścia, próbując swego pana obronić, szabli dobył, lecz padł przez gardziel włócznią turecką przeszyty. Krew chlusnęła, pohaniec drzewce puścił, w sam raz, aby potężne cięcie od pana Jakuba otrzymać, najpierw przez udo, potem, gdy nieco z konia opadł, przez tułów, aby wreszcie łeb mieć po trzykroć rozrąbany. Rozdrażewski bił się jak sam diabeł. Widząc, że trzeci z jego pachołków – Atanazy, przed ostatnim z niewiernych ucieka, runął w tamtą stronę. Turek odwrócił się ku niemu, lecz nie dość szybko – pchnął go pan Jakub w żywot, z konia zwalił i sam nań wskoczył.
- Atanazy – do pani leć! – krzyknął ku stojącemu tuż obok pachołkowi.
Gdy tamten znikał prędko za załomem, Luśnia mniej miał szczęścia, cięcia tureckich szabel porąbały go paskudnie. Leżał teraz w swej krwi kałuży, a naprzeciw Rozdrażewskiego trzech jeźdźców bronie swe, hałłakując, szykowało. Ruszył równo w ich środek, wiedząc że w ten sposób sprawę im utrudni i szyk pomiesza. I nie mylił się Kasztelan Kaliski – Turcy tempo ataku zgubili, przeszkadzając sobie. Dwa konie bokami się zderzyły, jeden dęba aż stanął Turka z grzbietu swego zrzucając. Trzeci musiał przyhamować, co widząc Rozdrażewski dojechał, ciął wbrew – prosto w twarz pohańca. Ten zastawę zmylił, krwią się zalał i bez żywota padł na ziemię. Pan Jakub ku gramolącemu się z ziemi podjechał, kopnął go w twarz, rękojeścią w łeb zdzielił, lecz sprawy z nim nie dokończył, gdyż natarł na niego ostatni z rywali. Ciął w łęg, lecz Rozdrażewski bez trudu cios sparował i kiedy już miał wprawne przeciwnatarcie rozpoczynać usłyszał przeraźliwy odgłos z wnętrza swego domu, głowę odwrócił i wówczas...”
- Padł w głowę swą szlachecką cięty – dokończył Daniłłowicz ze smutkiem. – Ale przeżył – dodał nagle z westchnieniem.
- Stara życie mu uratowała – wyjaśnił Kociełło. – Kiedy pan Jakub oczy otworzył, zobaczył powałę ciasnej chaty, pełnej suszących się ziół, czosnku i dziwnych wianków z zaschniętych już kwiatów – podjął opowieść pan Kociełlo.
„Rozdrażewski podnieść się gwałtownie chciał, lecz od razu ciemno mu się przed oczami zrobiło, jakby mgła na niego spadła. Stara podeszła do niego, rękę pomarszczoną na czole mu położyła i w oczy mu spojrzała przeciągle.
- Co z nimi? – wyjęczał pan Jakub.
- Dziecko zdążyliśmy unieść – odparła starucha. – Ów Abakanowicz przez Atanazego szpetnie został w łeb cięty. – Lecz dobić go nie zdążył bo ten pohaniec doskoczył. – Twa żona dziecię powić zdążyła i bez tchu padła. Ja owinęłam go w szatkę i uniosłam w las, Atanazy drogę mi torował, lecz widząc, że tamci niewielkie na dziecię mają baczenie wrócił żony Twej bronić.
Rozdrażewski jęknął i padł bez przytomności.”
- Jakiż los jego ślubną spotkał? – zapytał wściekle Stefan Lew.
- Otóż, po dwóch dniach wydobrzał na tyle, żeby do dworu wrócić – wyjaśnił pan Stanisław.
„Domostwo ze szczętem spalone zastał, sługi wybili do nogi – reszta oddziału Abakanowicza, która innym dworem się zajęła, szybko na miejsce dotarła. Panny pohańbione, pachołkowie do drzwi spisami poprzybijani, sam Atanazy gwoździami do wrót wejściowych został przybity. Wszystko to Rozdrażewski słyszał jedynie, bo ciała zostały przez okolicznych braciszków pochowane. Na samym środku swego spalonego dworu zastał...”
- Mnie – wszedł w słowo Daniłłowiczowi pan Kociełło.
Lew ze zdziwieniem głowę odwrócił.
- Wasze?
- Ja stałem z krzyżem i różańcem w rękach i patrzyłem jak nieszczęsny kasztelan ku mnie podchodzi. Opowiedziałem mu jaki los spotkał jego sługi, on zaś, jak walka cała przebiegła wcześniejsza...
„I wtedy zaprowadziłem go do pobliskiego klasztoru, każąc krzyż z ręki mej wziąć i różaniec i zdrowaśki po drodze odmawiać. I po schodach wyszliśmy na piętro, klasztoru owego, gdzie za drzwiami leżała na łożu jego ślubna – pani kasztelanowa. Światło osobliwe od niej biło, jak od świętej. Oblicze miała blade i wielce strapione. Jedną dłoń miała zaciśniętą, druga spokojnie wzdłuż ciała leżała. Rozdrażewski podbiegł do niej, chciał ucałować, lecz ta leżała niczym martwa. Zawył pan Kasztelan, lecz ja na kolana paść mu kazałem i sprawę wyłożyłem.
- Anieli święci sprawili, że żyje. Turek jej nie pohańbił, lecz bez ducha leży, chociaż jeszcze oddycha. Syna powiła. W dłoni coś trzyma – puścić żadną miarą nie chce.
Pan Jakub za dłoń ją uchwycił i wtedy, ta otwarła się spokojnie i jakiś przedmiot świecący na podłogę spadł i potoczył się pod pana Rozdrażewskiego nogi. Podniósł go i spojrzał, a wówczas gdy to robił, z oczu jego małżonki łzy pociekły.
Był to sygnet jego pradziada, któren pod Batorym służył. Na nim orzeł w koronie na karmazynowym polu był wyszyty. Wówczas załkał pan Rozdrażewski i oczy wzniósł ku górze i modlić się począł...”
- A ja wówczas wszystko zrozumiałem – dopowiedział Kociełło - Bóg jakoby mnie oświecił.
I rzekłem mu wtedy – Twa małżonka jako nasza ojczyzna w letargu, w złego władaniu. Lecz jako ona syna żywego urodziła, tak i nasza Rzeczypospolita synów ma swoich. I my, przegonić stąd pohańców musim, a wtedy i Twoja żona zmysły odzyska.
- Padliśmy wtedy we dwóch na kolana i ślubowaliśmy na ten krzyż – mówiąc to Kociełło wyjął zza pazuchy złocony krucyfiks, że dopóki krwi nam i zdrowia starczy, dopóty nie spoczniemy, zanim króla bałwochwalcy nie obalimy i ostatniego pohańca na pal nie nadziejemy, lub precz nie wygnamy.
- Ty też przysięgnij Stefanie – rzekł nagle z alkierza wkraczając pan Rozdrażewski. – Historię mą znasz, widzisz co się dzieje. Syn Twego kniazia posłuszeństwo mu wypowiedział, dołącz do nas, szyki zewrzyjmy przeciw Turkowi. Oblicze pana Jakuba było ponure, oczy podkrążone, lecz wewnątrz widać było iskrę, siłę zdolną trony obalać.
Pan Stefan podniósł się z powagą.
- Teraz rozumiem – odparł ku Rozdrażewskiemu podchodząc. – Daniłłowicz zarówno z Lubomirskim w komitywie, jak i u Radziwiłłów znacząca persona. Ty mości panie Jakubie z Wazą trzymasz, a ja – trzeci spisku element – Wiśniowieckich stronnik. Zatem chcecie panowie bracia, aby wszyscy Osmana konkurenci przeciw niemu wspólnie się zwrócili? Azali to możliwe?
- Możliwe – szybko odparł pan Daniłłowicz. – Zarówno Lubomirski i jego stronnicy, którzy Chmiela popierać przestali, jak i książęta Radziwiłłowie, nie mogą Ibrahima rządów już zdzierżyć. Widać, jak wszyscy na układach z pohańcami się przejechali – skonstatował.
- Do tego młody Michał Wiśniowiecki u ojca służbę porzucił, co wiesz Waszmość lepiej niźli my – dodał Rozdrażewski.
- I część kniazia stronników za nim odeszło – zgodził sie pan Stefan. – Zatem cztery siły, które są Turkowi nieprzychylne razem przeciw niemu mają stanąć?
- Pięć – włączył się pan Kociełło – bo i Przenajświętszy Kościół Katolicki za nami stoi.
- Amen – dokończył pan Stefan prawicę Rozdrażewskiemu podając.