Ważne informacje
- Co to jest Veto?
- Poradnik dla nowych graczy
- Akcje promocyjne
- Karty okazyjne
- Ranking turniejowy
- Organizowanie turniejów
- Wyszukiwarka kart
Szpiedzy i Dyplomaci
Warchoły i Pijanice
Archiwum
Sklep internetowy
Za garść boratynek - odsłona II
inki · 2012-01-27 09:23:00 · Tagi: świat, linia fabularna, · Komentarze: 10
- Hooo, hooo, idzieee!
- A mocniejże, bestyjo zatracona!
- Bacuga! Z krzyża! Z krzyża!
- Nie idzie, mać jej gamratka, w te i wewte końskim bęsiem po ściernisku ciągana!
Tytus Liwiusz Burattini, tajny poseł Ludwiki Marii i kanclerza Ossolińskiego, podniósł głowę znad pergaminów. Hajducy królewscy, dzielnie od Warszawy towarzyszący mu w wyprawie, bardzo hałaśliwie usiłowali wyciągnąć z błota karetę, którą imć Tito wybrał się w podróż. Pan poseł skorzystał z okazji, żeby hycnąć niepostrzeżenie w krzaki za potrzebą numero uno, a teraz studiował regestry wojsk Ibrahima, stacjonujących w Polsce. Nie bardzo miał jednak do tego głowę, gdyż Rzeczpospolita po raz kolejny prezentowała bogactwo form wszelakich. W tym momencie głębokość kałuży, jak i obfitość błota na polskich drogach zadziwiały pana posła w jednakim stopniu co soczystość i dosadność trudnej polskiej mowy.
- Jakeś dyszel trzymał, zafajdańcze!
- Pewnie nie gorzej niż ty własnego kusia, berbelucho!
- Zawrzyjcie gęby, synowie złej matki i pchajcie! Nie będziem tu tyrać do wieczerzy!
- Iiiii raz, murwo gdańska, przechodko zabierzowska, gamratko kolbuszowska!
Burattini zarechotał, na tyle cicho jednak aby nie zdradzić się przed pachołkami. Hajducy, jak zresztą większość Polaków, mieli Tytusa za pludraka, który ani me, ani be, miodu ni piwa nie pije, obcuje cieleśnie na turecką modłę, a na dodatek ma francę. Burattini natomiast władał polszczyzną niemal bez akcentu, kielichy królewskiego półtoraka spełniał jakby od dziecka nic innego nie pijał, z dziewkami też mu szło niezgorzej, a co do francy, najcnotliwszemu się wszak może przydarzyć. Ważne, żeby prędko podać mercurio, a i proszek z rogu jednorożca, w szklenicy okowity rozpuszczony, moc swą przeciwko kile skieruje. Polacy, naród energię wkładający głównie w zabawę słowami, zwał ową przypadłość wielorako. Wspomniana kiła, ale i dworska niemoc, przymiot, pudendagra, syfilis vel syf, weneria, lues, ospa miłosna, choroba sekretna czy – co szczególnie cieszyło pana Burattiniego – morbus gallicus.
Nie jednostkami chorobowymi będziemy się jednak, drogi Czytelniku, zajmować, ale naszym dzielnym Włochem. Plan Ludwiki był bowiem szaleńczy, ale miał szanse powodzenia. Otóż imć Tytus wybrał się w podróż do Turczynów, z Nieporętu przez Lublin, Lwów, siedmiogrodzki Kolożwar – i dalej, na osmańskie ziemie. Tam miał poruszyć niebo i ziemię, popłacić bakszysze, wspiąć się na wyżyny sztuki oratorskiej, knuć, obiecywać i pleść bajędy - innymi słowy zrobić wszystko, żeby Magna Porta, wróg chrześcijaństwa i Rzeczypospolitej… przyszła z pomocą. Na razie więc nasz bohater dzielił czas na obmyślanie mów, analizę teoretycznych kontaktów oraz wyliczenia. A z wyliczeń wychodziło jasno, że stanie w sułtańskim palazzo Topkapi w miesiąc.
Pod warunkiem oczywiście, że nie padną mu konie, a kareta będzie jechać, a nie nurkować w bajorach na podobieństwo ropuch, pomyślał, wsiadając wreszcie do powozu.
Pod wieczór zajechali do Dęblina. Tytus zaordynował postój na dwie staje od wioski oraz rozbicie obozowiska, a sam udał się do gospody. Karczma już z oddali zapraszała ciepłym światłem bijącym przez błony okien, gwarem i zapachem pieczystego. Jegomość Burattini poprawił więc pludry, sprawdził czy rapier i stiletti są na swoich miejscach i z impetem wtarabanił się do środka. Wiedział, że Polacy i tak będą patrzyć na niego jak na zamorskie dziwo (choć z Krakowa bliżej do Wenecji niż Smoleńska, inflanckiego Rewla czy na Sicz), więc warto na powitanie narobić szumu. Wiele mu nie groziło, burdy na tych ziemiach zdarzały się rzadko. Choć właściciel Dęblina, Aleksander Tarło, był pacholęciem i dzierżył włości kilka miesięcy, to jego brat Jan, przyszły (z powodu braku króla) wojewoda lubelski, dbał o rodzeństwo. Oraz ich majętności.
Zanim jednak czerwone szlacheckie mordy (o których polecam np. poczytać przy tzw. rabacji galicyjskiej) spiją pana Burattiniego na amen, omówimy sobie w dwóch słowach mój wielce szanowny Czytelniku, jak wyglądała w XVII-wieczna karczma. Otóż niestety pokutuje powszechnie wizja lokalu z obowiązkowymi podcieniami przy wejściu (gdzie wychodzi się na szemrane interesy), szyldem z napisem, salą główną z wielkim żyrandolem, barem, ustawionymi za tymże barem butelkami, do tego okrągłe stoliki i w dodatku z krzesłami. Do tego wypadałoby jeszcze wstawić schody na piętro, a na rzeczonym pięterku długi korytarz z hotelowymi pokojami…
Więc po kolei: podcienie mogły być, ale pod warunkiem że taka była zabudowa w rynku czy przy placu (lub karczma stała „w polu”). Do balustrady (??) przy podcieniach nie przywiązywano koni – zwierzęta te stawały, jak Pan Bóg przykazał, w stajni (zwanej „stanem”), zazwyczaj dobudowanej do karczmy, a na Ukrainie, ale czasem i w innych miejscach – nawet z nią złączonej. Napisów na szyldzie nie było, montowano znak, godło, lub rzeczone godło na szyldzie malowano. W środku stawiano stoły i ławy, było palenisko, na którym coś pieczono, albo piec, na którym coś gotowano (lepsze, lub po prostu większe, mogły mieć „zaplecze”). Nie było baru (nie ta epoka! Niech sobie karczmarz stół pod ścianą ustawi!), ściany z butelkami (szklanymi? Aj waj, jaki wielki pieniądz!), karty menu (gospodarz miał coś zazwyczaj przygotowane, ale podróżni przede wszystkim wozili prowiant ze sobą). Z noclegami bywało różnie (dlatego też i drabanci pana Burattiniego rozbijają namioty nieopodal), a gospoda służyła głównie do sprzedaży alkoholu, co dla dzierżawcy-arendarza było zyskiem i źródłem nieraz niezłych dochodów. Pito miody, piwa (popularne jak dziś herbata), gorzałkę (słabą jak na XXI-wieczne oczekiwania, i pitą głównie przez chłopstwo), wina (importowane przede wszystkim z Włoch i Węgier, ale często chrzczone takimi paskudztwami, że dzisiejsze „Jabłuszko Sandomierskie” to małmazja). Nalewki były raczej domowym lekarstwem niż trunkiem.
Niekoniecznie też karczma musiała być w rękach Mojżesza (dzierżawcami bywali Niemcy, Ormianie, Wołosi – exemplum Dopuł – Holendrzy, a nawet miejskie łyki). Teraz jednak dla klimatu ustawmy w lokalu Izraelitę. A żeby klimat wspomóc, damy mu na imię Moszko – i wracamy do Tytusa.
W gospodzie było dość ludno i gwarno, mnogo szlachty, co prawda głównie spod znaku golotae et odardi, kilku kupców czy rzemieślników; przy jednym, bocznym stole siedziała grupa włościan, ścieśnionych w zbitą, śmierdzącą gorzałką i bydłem grupę Laokoona. „Popatscie, prundrak” zamruczał jeden z nich. Imć Tytus popatrzył z wyższością i zrobił kilka kroków. W karczmie na chwilę przycichło, ale gwar wrócił z siłą dobrze zirytowanego roju szerszeni – w końcu widok zamorskiego gościa nie był niczym dziwnym w odległości 15 czy 20 mil od Warszawy…
Tytus stanął pośrodku sali i pokręcił głową. Niestety, wszystkie stoły i ławy były oblężone lepiej niż Gdańsk przez króla Stefana. Już miał w planach nabyć jakiś gąsiorek i opuścić gospodę, gdy nagle zauważył siedzącego pod ścianą uperukowanego kawalera ubranego w najmodniejszy podróżniczy justaucorps, a obok niego - przywołującego go, chudego jak tyka szlachcica o złotym chreście na piersi. Ruszył więc bez wahania.
- Czołem, czołem, panie pludro, prosimy do kompanii! Jam jest Matwiej Zasowskij – zaciągnął z ruska szlachcic – Dziura, sielmo, zrób miejsce dla pana kawaliera! – warknął do pacholika siedzącego naprzeciw. Pacholik spojrzał spode łba, ale dłoń pana Matwieja z klaśnięciem przypomniała słudze hierarchię i boży porządek świata.
- Czołem, witam, jestem Tytus Liwiusz Burattini, kawaler…
- To zaś mój kompan – przerwał Zasowski - monśjeur Jean-Christophe de Schechtly, rodem z Wandei, a waszmość też Galijczyk? Siadajżie! Albo możie śpieg Habsburków? Bo nazwisko takie…
- Nie, nie, Italczyk – odparł prędko Tytus, siadając szybko i przekręcając pas z rapierem.
- Mnie tam zajedno, częstuj się waść i opowiadaj co słychać w dalekich stronach. Jedz, pij, co nasze to wasze. Hej, mordo niechrzczona! – zawołał pan Zasowski – naści talara, a utocz miodu! Ale zacnego jakiegoś, nie trójniaka! Gości mamy zamorskich, trzeba pokazać że tu hojnie i na bahato!
Moszko skłonił się i podreptał do komory, skąd przyniósł zacną, pokrytą pleśnią i pajęczynami, glinianą butelczynę, z której nalał gęstego, aromatycznego dwójniaka.
- Ha, tęgi! Czym to, parchu, zaprawiane? – zacmokał pan Matwiej
- To chmielak, łaskawy panie, chmielak! – zaszemrał oberżysta, uzupełniając kubki
- Łżiesz, niecnoto! Co, ja chmielaka nie rozpoznam!? Gadaj mi tu zaraz co we flasi, bo ci z pejsów wyciory do muśkietów uczinię!
Pan Tytus nie zważał na tradycyjne i nudne momentami przekomarzania polskiej szlachty z przedstawicielami mniejszości narodowych i religijnych, natomiast zaznajomił się prędko z faską baraniny. Nie żałował sobie również nieco przypalonej i na pewno zbyt mało omaszczonej kaszy, zainteresowanie Włocha wzbudziła też pieczona na węglach pastinaca. Baranina była niezła i na szczęście nieprzyprawiona tak mocno jak jadało się w szlacheckich dworach, zamkach i pałacach, gdzie sypano do potraw (niby dla splendoru) nieprzeliczone ilości przypraw. Dzięki czemu takie danie – jak mawiali żacy krakowscy i inni żartownisie – „dwa razy piekło”.
Od stołu chłopów dało się słyszeć podniecone okrzyki. Dwóch włościan siłowało się na rękę, reszta przyglądała się z zapałem, tłukąc pięściami w stół i drewniane ściany karczmy. W końcu jeden, tęgi i brodaty, pokonał swego kompana i z zadowoleniem wziął się pod boki. „Coześ chcioł, minogu!” zaseplenił z mazurska, zbierając jednocześnie pochwały od reszty zoccoli. „Hej, Mośko, zidu jeden, dawej gorzałke i jajeśnicy, zjimy po ślachecku, jakem Lawienda!”. Żyd westchnął i ruszył do kuchni.
Tymczasem Tytus wycierał dno miski kęsem żytniego chleba - Co, dobre, a? Lepsze niż te wasie ziabie udka, co? Jedz, panie kawaler, żiebyś nie mówił, żie cie tu głodem możiono – dogadywał cały czas pan Matwiej - A cóż waćpan w Rzeczypospolitej czynisz? Na wywczas, handel czyś też i wywołaniec?
- Podróżuję po waszych ziemiach, bo umiłowałem je sobie jako kraje gdzie do dziś panuje Wolność – wyrecytował pan Tytus niby wyuczoną lekcję - Gdzie lud waleczny i dzielny żyje dostatnio. Rzeki, miast wodą, lipcem płyną. Bory zwierza pełne, pola kłosów, sady jabłek. Ot, Arkadia. Tedy jeżdżę, szkicuję nieco, opisuję sporo, jeśli coś ciekawym mi się wyda…
- O, to jak imć Schechtly! – zawołał ucieszony Zasowski. Tytus nie podzielił tej radości, mierzył się bowiem spojrzeniami z Francuzem. Pan Jean zasalutował kubkiem, Burattini odpowiedział lekkim skinieniem głowy.
„Aż tu pieprzonego szpiega przywiało” – pomyśleli obaj.
Nagle i z impetem – jak to bywa w takich momentach – otwarły się drzwi. Tytus odwrócił głowę, zmrużył oczy… i natychmiast wrócił do wycierania dna miski.
W drzwiach stał człowiek, za schwytanie którego Ludwika oddałaby księstwo mantuańskie, a za przesłuchanie – Sabionettę na dodatek. Człowiek, który przez wiele lat był zaufanym sekretarzem kanclerzy. Człowiek, którego zaczęto podejrzewać o działanie na rzecz Ibrahima. Który przyłapany na jakimś drobnym matactwie po prostu wyparował. A jak się potem okazało, pozostawał od kilku lat na tureckim żołdzie...
Res continuetur
Tymczasem w stolicy partyzanci i stronnicy Jana Kazimierza chytrze pokrzyżowali zamysły Osmana, ale o tym w kolejnej odsłonie...
Alchemik
2012-01-30 22:10:11 napisał(a):Tekst gruby :-) Więcej takich.
zolw
2012-01-29 21:09:38 napisał(a):Wąs taki, że od razu wie bydło że z nie byle kim ma do czynienia ... Zacnie
kreska
2012-01-27 21:39:45 napisał(a):Inki, super :)))
Sqva
2012-01-27 16:53:50 napisał(a):Może wąs sumiasty imć Inkiego natchnął go? ps. Świetny text!
Chrrr...abia
2012-01-27 15:11:29 napisał(a):Inki - opoiwadanie zacne, chociaż jak dla mnie fabuła zbyt ospale porusza się do przodu ;) Za to bardzo ciekawy opis realiów XVII wiecznej gospody. Czy coś Cię natchnęło do poświęcenia temu opisowi aż tyle miejsca? ;) :D
Inki
2012-01-27 12:12:12 napisał(a):Motyw z Dworakami oczywiście zostanie opisany - a w następnej części: leśny wykrot; węgierski sabat Lucok; smażone pierożki z różanym konfektem oraz próba pojedynku w wykonaniu zarówno bohatera jak i autora :)
Żucho
2012-01-27 12:04:26 napisał(a):Widzę, że Inki trochę nie docenia uroków Jabłuszka Sandomierskiego :) poza tym tekst re-we-lac-ja!
Kosma
2012-01-27 10:24:03 napisał(a):Bardzo dobre opowiadanie. Fabuła się rozkręca :)
Lelen
2012-01-27 09:48:48 napisał(a):Inki, masz ZAJEBISTE wąsy :)
Kronb
2012-01-27 09:29:03 napisał(a):Osmański najeźdźca został rozgromiony przez Dworaków na IMP! Proszę o więcej "fabuły" w tym temacie...