Ważne informacje

Szpiedzy i Dyplomaci

Warchoły i Pijanice

Archiwum

Kuznia Gier on Facebook

Sklep internetowy

Poselstwo ze Stambułu

ksch · 2012-02-09 23:15:00 · Tagi: świat, linia fabularna, szpiedzy i dyplomaci, · Komentarze: 20

Dziś kolejna część opowieści stanowiącej preludium do ujawnienia osoby Elekta stambulskiej frakcji. Jutro zaś ogłaszam kto będzie Elektem. Drżyjcie, Niewierni!

(część trzecia)
(część druga)
(część pierwsza)

Starszy mężczyzna jechał na czele zbrojnej kolumny. Kindżał za jego pasem wciąż jeszcze ociekał krwią. Rozprawa ze zdrajcami zajęła im, nie więcej, niż kilkanaście minut. Odwrócił się za siebie – coraz słabiej widział kolumnę jeńców, którą eskortowała większa część jego oddziału. Przy sobie pozostawił jedynie dwudziestu Spahisów – najbardziej zaufanych i najlepiej wyszkolonych, spośród nich. Powiódł wzrokiem po ich twarzach – czasem spokojnych, czasem zdradzających napięcie, w większości srogo doświadczonych wojennym rzemiosłem. Znów przeniósł spojrzenie przed siebie. Myślał o czekającym go zadaniu. Nie bał się Polaków – szanował ich jako godnych wrogów i wiedział, że poseł w ich rękach był całkowicie bezpieczny. Sen z powiek spędzali mu Ci, których nienawidził najbardziej – słudzy Ibrahima – wygnanego sułtana, okrutnika bez miary. Ci, którzy całą swą przyszłość związali z jego panowaniem. Oni nie mieli nic do stracenia – w obcym Państwie, z wojskami tak nielicznymi, że jeśli tylko Polacy się ockną to przegonią ich, albo powywieszają na najbliższych gałęziach.

Dla nich posłannictwo ze Stambułu oznaczało jedno – pewną śmierć. A w to, że wiedzieli o jego misji, nie wątpił, ani przez chwilę – wszak ten podły pies umknął ze stolicy kilka dni przed nim. Oby Allah zesłał na niego cierpienie – dodał w duchu.

Jeśli zdrajcy będą chcieli zastawić na niego pułapkę, to powinni zrobić to jak najszybciej – jeśli dotrze na umówione miejsce, będzie bezpieczny. A przynajmniej miał taką nadzieję. Rozejrzał się odruchowo na boki. Nie zauważył jednak nic podejrzanego.

Lachów znał z opowieści – po klęsce z 1621 r. jego ojciec znalazł się w ich niewoli. Po dwóch latach uciekł. „Dziwni to ludzie – powiadał. – Zwierzchnictwo uznają z trudem, albo i wcale. Uparci i zacietrzewieni, ceniący honor i popędliwi.” Jako młody mężczyzna nie zważał wówczas na te ojcowskie słowa. Nie przypuszczał, że przyjdzie mu jechać po polskich ziemiach i do tego, jako do Lachów poseł.

***

Kanclerz grał na wielu frontach na raz. Być może na zbyt wielu, ale nie miał wyboru. Jego kariera polityczna legła w gruzach. Stopniowo starał się jednak odbudowywać swoją pozycję. Uniknął trzech zamachów, lecz jeden odbił się poważnie na jego zdrowiu – sztylet o kilka centymetrów minął wówczas jego płuco. Oficjalnie nic mu ze strony wygnanego Sułtana nie groziło. Nieoficjalnie jego słudzy mordowali nieprzychylnych sobie wielmożów na lewo i prawo. Niewola turecka – coś, z czym walczyli przez tak wiele lat, wreszcie stała się faktem. Stanął przy oknie. Z jego zamku w Ossolinie roztaczał się piękny widok. Jednak nie dlatego porzucił przebywanie w swoim pałacu w Warszawie – zdecydowały względy bezpieczeństwa. Cały czas miał pod bronią dwie setki Dragonów – nie tylko z obawy o swoje życie, ale i Jana Kazimierza oraz Marii Ludwiki.

Myśli jego uciekły jednak w innym, aż nazbyt znanym kierunku. Do spotkania pozostały trzy dni – kto na nim się stawi? Jaka będzie atmosfera? Jakie żądania? Bo w to, że każdy będzie chciał ugrać coś dla siebie, nie wątpił, ani przez chwilę. Czy uda mu się wszystkich wywieść w pole?

***

Kiedy zapadł zmierzch, Husajn Hezarfenn – poseł osmańskiego władcy do zdetronizowanych wielmożów Lechistanu – dał sygnał do odpoczynku. Nie niepokojeni przejechali wiele kilometrów. Był tym faktem szczerze zdziwiony – zwolennicy Ibrahima z pewnością byli już o jego przyjeździe poinformowani. Z drugiej strony, gdyby tak było, to przecież nie daliby wyciąć w pień tak licznego oddziału – dodał w myślach. Jego ludzie rozstawili szybko kilka prostych namiotów, dowódca – czarnoskóry, wyższy od reszty niemal o głowę, lecz jak tyczka niemal chudy żołnierz – wyznaczył warty. Przez chwilę Husajn rozmyślał nad znaczeniem jego imienia – Umit, co oznaczyło nadzieję – uśmiechnął się do własnych myśli i skarcił od razu za przesądność. Połączoną z naiwnością.

***

Jan Kazimierz nie spał tej nocy dobrze. Można wręcz powiedzieć, że nie spał wcale. Problemem nie było nawet to, że od dwóch tygodni nie mógł sprostać w łożu jakiejkolwiek dziewce. Ani nawet powracające wciąż niestrawności. Waza dość miał Polski. Najchętniej rzuciłby w diabły wszystkie ustalenia, wszystkie spiski i układy i pojechał prosto...no właśnie. Dokąd? Gdzie znalazłby odpoczynek konkurent do dwóch tak znaczących w Europie tronów? Gdzie pozwolono by mu spać spokojnie? Do wyboru dano by mu jedynie truciznę, lub sztylet skrytobójcy. Nie, wyjazd nie wchodził w rachubę. Chciał jednak wziąć sprawy w swoje ręce. Odsunąć wreszcie na bok kanclerza i starzejącą się coraz mocniej eks-królową, a swoją własną żonę. Zacisnął zęby. Przez szczelnie zasłonięte kotary wpadało blade światło poranka. Co przyniesie ten dzień? Kolejny najważniejszy dla jego kariery...

***

Siedział na przepięknie zdobionym krześle. Tronie – dodawał wręcz w myślach. Uwielbiał ten moment – kiedy siedział rozparty w swej przestronnej komnacie, na zamku w Szydłowcu, przyjmując – jako z królewskiego nadania zarządca mazowiecki – rozmaitych interesantów i petentów. Widział strach w ich oczach, kiedy korząc się przed nim prosili o różne rzeczy. Nie inaczej było teraz. Przystrojony w lniany, bladobłękitny żupan szlachetka giął się raz za razem i mamrotał słowa swojej prośby:
- Rządco, zmiłuj się, córkę mam jedną, do żeniaczki obiecaną, jeśli wiesz, jaki jej los, powiedzże, pomóż – mówiąc to Polak dotknął czołem posadzki na turecką modłę. Hamzy przeciągnął się i ziewnął.
- Wstań, człeku – powiedział tonem przyjemnym.

Tamten błyskawicznie podniósł się i wyprostował.
- Jak Cię zwą?
- Borowski zarządco – mówiąc to szlachcic odruchowo spuścił wzrok – wiedział doskonale, jak zachowywać się wobec Hamzego Abakanowicza, który za brak pokory wybatożyć kazał już niejednego.
- Zatem panie Borowski, poznaj moją łaskę – mówiąc to wyciągnął dłoń z trzema grubymi sygnetami na palcu, do której szlachcic dopadł i ucałował. – Pomogę Ci – mówiąc to poklepał po policzku strapioną twarz szlachcica. – Powiem, gdzie Twa córka i jaki jej los – chwycił z misy pokaźny kawał kapłona i odgryzł z głośnym mlaskaniem soczysty kawałek. – Co więcej, zapewniam Cię, że jest bezpieczna...- zawiesił głos i wziął sążnisty łyk wina. Odbeknął i spojrzał na rozpromienione oblicze szlachcica. – Moi ludzie wzięli ją tyle razy, że już nikt nie ma ochoty na nią spoglądać - mówiąc ostatnie słowa wybuchł głośnym śmiechem, któremu zawtórowało kilku jego urzędników siedzących po bokach.

Borowski rzucił się na Abakanowicza, lecz ten przywykł już do takich reakcji – strzelił szlachetkę łokciem, łamiąc mu z głośnym chrupnięciem nos, kopnął zrzucając z podwyższenia, na którym siedział i nie przestając rechotać, krzyczał:
- Precz sprzed pańskiego oblicza! Twa dziewka jest teraz z mymi stajennymi – idź tam... weź ją sobie... - krztusił się niemalże ze śmiechu.

***

- Zatem dzisiaj się rozstrzygnie? – zapytał poważnym, głębokim głosem Rozdrażewski.
- Tak – spokojnie odparł Daniłłowicz.
- Podniosą dla sprawy naszej poparcie? – wtrącił się siedzący przy stole jako trzeci Stefan Lew.
- Nie mam pewności, ale po dzisiejszym dniu będziemy wiedzieć, jakie będą możliwości działania – wyjaśnił pan Daniłłowicz.
- Cokolwiek się nie okaże, z drogi nie zejdziemy? – ni to stwierdził, ni to zapytał Rozdrażewski.
- Nie zejdziemy – przytaknął Daniłłowicz, kładąc na środku stołu prosty, pozbawiony zdobień sztylet.
- Nigdy – dodał Lew ściągając z palca sygnet swój herbowy i kładąc obok sztyletu.
- Tak nam dopomóż Bóg – zakończył Rozdrażewski i położył między pierścieniem a sztyletem srebrny katolicki krzyż.

***

Kanclerz, wspólnie z niedoszłym królem Janem Kazimierzem Wazą, stał w drzwiach zamku w Ossolinie. Z prostego, pozbawionego znaków powozu, wysiadł zakapturzony mężczyzna. Prędkim krokiem doskoczył do drugich drzwiczek, aby otworzyć je przed najwidoczniej znaczniejszym od siebie podróżnym.
- Przyjechał Radziwiłł – odezwał się Jan Kazimierz.
- Bardzo dobrze – skonstatował kanclerz schodząc kilka schodów niżej i rozwierając szeroko ramiona przed litewskim wielmożą.

***

Po spełnieniu toastów i skosztowaniu wszystkich dziczyzn i kapłonów, które na ten wieczór przygotował litewski kucharz kanclerza, napięcie wzrosło jeszcze bardziej. Zaległa głucha cisza.

- Zatem – przerwał wreszcie milczenie jeden z gości – nieco barczysty, posępny z wejrzenia wielmoża. – Po coś nas tu kanclerzu zaprosił?

Jego słowa zabrzmiały sucho i nieprzyjaźnie. Ossoliński nie dbał jednak o ich wydźwięk.

- Chyba wszyscy widzimy – mówiąc to, przenosił spojrzenie kolejno z Janusza Radziwiłła na nieco młodszego odeń ze staropolska podgolonego mężczyznę, aż wreszcie wzrok swój utkwił w pytającym – że rządy Ibrahima to jedno pasmo udręk, cierpienia. A będzie zapewne jeszcze gorzej.
- Za co możemy podziękować niektórym tu obecnym – wypalił podgolony.

Radziwiłł nie zwrócił na zaczępkę uwagi, lecz drugi z obecnych, aż zazgrzytał zębami i począł podnosić się zza stołu.
- Spokojnie...- próbował tonować siedzący po prawicy kanclerza Waza.
- Nie będę spokojny, szwedzki królewiczu – kontynuował podgolony. – Nie ja koronę na skronie pohańca ubierałem!
- Za toś ogon podkulił panie Lubomirski, niczym pies srodze pobity – wyparował Radziwiłł.
- W zameczku się zaszył, kiedyśmy walczyć próbowali – dodał mocno z równowagi wyprowadzony Waza.

Jerzy Sebastian Lubomirski wstał i ku szabli sięgnął, z drugiej strony to samo zrobił ten, który tak cierpko kanclerza na początku rozmowy potraktował.
- Pokój! – krzyknął Ossolińki. – Książę Wojewodo – zwrócił się do Jeremiego Wiśniowieckiego. – Nie przystoi.

Jarema uspokoił się nieco i usiadł. Lubomirski, widząc niestosowność sytuacji, poszedł w jego ślady.

- Każdemu z nas zdarzyło się zbłądzić – spokojnym już tonem kontynuował kanclerz. – To rzecz normalna w wielkiej polityce. – Kniaź chciał spokoju na Rusi – mówiąc to spojrzał na Wiśniowieckiego – i trudno mu się dziwić – te ziemie bardzo dużo wycierpiały. – Książę Radziwiłł chciał większej Litwy autonomii, a więc większej dla siebie władzy – rzecz dla każdego polityka normalna. – Ważne, że każdy z nas widzi, że dłużej tak być nie może.
- Prawda to – przytaknął spokojnie Radziwiłł.
- Gwałty i rabunki, bezprawie, nieznane w naszym kraju ukazy i prawa... - kontynuował kanclerz.
- Do Stambułu jasyr pokaźny wysłali – dodał Lubomirski.
- Co proponujesz? – odezwał się poważnie Jeremi.
- Musimy działać. I dla powodzenia tego działania gotów jestem z samym diabłem pakt zawrzeć – dobitnie odparł Ossoliński.
- Uważaj Waść co mówisz, bo się spełnić może – przyciął znad solidnej wielkości kielicha Lubomirski.
- Kto nam z pomocą niby ma przyjść? Rzym, Krym, a może Francuz? – drwił książę Radziwiłł.
- Nie...- kanclerz zawiesił głos, kiedy otwarły się boczne drzwi. – Wróg Ibrahima największy – jego własny syn.

Jarema wbił gwałtowne spojrzenie w Hezarfenna, który powolnym krokiem zbliżał się do stołu.

- Oto poseł od sułtana Mehmeda IV, imam Husajn Hezarfenn – przedstawił gościa Ossoliski.

Jeremi gwałtownym ruchem rzucił kielichem w osmańskiego posła, które to wylało się na białą jego szatę.
- Co! – wrzasnął. – Następnego Turka nam szykujesz?!
- O dotychczasowego sam się książę postarałeś – wypalił nagle Lubomirski.

Jarema zbladł. Nie rzekł już słowa, tylko odwrócił się gwałtownie i z trzaskiem wyszedł z sali. Słudzy w międzyczasie czyścili szatę posła.

- Wybacz nam ten incydent – zwrócił się w stronę Husajna kanclerz. Tłumacz, kroczący tuż obok posła, szybko słowa mu wyjaśnił. W odpowiedzi Imam machnął niedbale ręką i usiadł przy kanclerskim stole.

Odezwał się w rodzimym jezyku, co tłumacz szybko wyjaśnił.
- W imieniu mego Pana – Sułtana Mehmeda IV, oby nad jego głową zawsze świeciło słońce – dziękuję za zaproszenie. – Wiadomym jest, że Ibrahim, niech Allah go pokaże, jest cierniem, zarówno w naszym, jak i Waszym boku. – Wspólnymi siłami możemy go usunąć.
- I posadzić na jego miejsce innego Turczyna – wypalił Lubomirski, czego jednak tłumacz, na wyraźny sygnał kanclerza nie podchwycił.
- Tak i ja to widzę – odparł Ossoliński.
- Jeśli dostaniemy wolną rękę do działania – podjął poseł – w ciągu dwóch miesięcy sprawimy, że Ibrahim zostanie tu sam, osaczony, niczym pies przez wilki.
- W zamian czego żądacie? – rzeczowo zapytał Radziwiłł.
- Poprzecie przychylnego Porcie do tronu polskiego kandydata – bez zastanowienia odparł Hezarfenn.

Lubomirski prychnął i zaczął się głośno śmiać. Imam wymownie spojrzał na kanclerza. Ossoliński popatrzył na Radziwiłła.

- Ale nie może być to Turek – z miejsca postawił żądanie Litwin.
- Nasz sułtan zdaje sobie z tego sprawę – wyjaśnił poseł.
- Musi być to ktoś, kogo szlachta polska zaakceptuje – dodał kanclerz.
- Wiemy to, kanclerzu. Nie chcemy wysyłać tu zarządcy, chcemy dobrego dla stron wszystkich kandydata.
- Kogo masz na myśli? – Lubomirski spoważniał, a kiedy padło nazwisko przestał się śmiać i począł sprawę dogłębnie rozważać.
- Zgoda – rzekł wreszcie Radziwiłł.
- Zgoda – dodał Lubomirski.
- Zatem przejdźmy do bocznej sali, ustalić szczegóły – dodał Ossoliński wstając i pozostawiając Jana Kazimierza w kompletnym osłupieniu.

 

- Zdradziłeś mnie, kanclerzu – ton Wazy był władczy i pełen gniewu. W odpowiedzi Ossoliński machnął niedbale ręką. Szwed postąpił ku niemu dwa kroki i chwycił z niezwykłą gwałtownością rękę kanclerza. Ten, mimo lat niemalże sześćdziesięciu, zerwał z łatwością uścisk i odsunął się kawałek.
- Nie bądź niemądry – wycedził z trudem zachowując kontrolę. – Dzisiaj trzeba było obiecać wszystko, co tylko proponowali.
- A jutro? – zapytał z napięciem w głosie Waza.
- A kiedy pies turecki padnie, to działać inaczej będziemy.

***

Powóz jechał powoli. Książę Janusz bił się z własnymi myślami. Ostatnie miesiące i na Litwie przyniosły zawirowania, ale jego pozycja wzrosła. Dosyć miał Osmana, ale ostatnie, czego potrzebował, to ponowny wzrost znaczenia kanclerza wraz z Wazą i ich świtą. Chaos po obaleniu króla-tyrana był mu więc na rękę. A nowy kandydat? I z nim przyjdzie się dogadać.

***

Lubomirski pozostał jako jedyny w gościnie na zamku. Zmęczony był, a i nigdzie nie było mu spieszno. Opróżniał kolejny kielich wina, kiedy usłyszał pukanie. Czekał na tę wizytę, zatem od razu krzyknął głośno, aby wchodzić. Jego prawa ręka i główny sojusznik – Sobiepan Zamojski wszedł nieco chwiejnym krokiem do środka.
- I jak nasze sprawy mój panie? – spytał napełniając sobie kielich winem.
- Nasze? – zganił go Lubomirski.

Zamojski wychylił kielich i nalał sobie kolejny.
- Chcesz odgrywać przede mną Cara Rurykowicza? – spytał rozbawiony Sobiepan.

Lubomirski zaśmiał się jedynie, sobie też kielich dolewając.
- Stambuł chce głowy Ibrahima – wyjaśnił. Sobiepan drgnął i przerwał picie.
- Więc jednak.
- Ano jednak. W zamian chce tronu – dodał po chwili Lubomirski.

Zamojski żachnął się, ale nie spuszczał wzroku ze swego rozmówcy.
- Ale już nie, tak jak teraz, żeby Osman rządził, ale akceptowalnego i dla nas kandydata, który by z Portą sojusz zacieśnił – wyjaśnił.
- Zgodziłeś się? – zapytał przytomnie Zamojski.
- Czemu nie? Koniec końców i tak trzeba sobie będzie szablami drogę do tronu wyrąbać.

***

Pułkownicy Jeremiego czekali na niego w nieodległej kwaterze. Książę Wojewoda Ruski stanął między nimi i krótko oznajmił.
- Jednego Turka, drugim chcą zastąpić. Nigdy więcej – warknął.
- Zdrada – wypalił bez zastanowienia Kuszel.
- Nie pozwolimy, aby rządził nami, ani Turek, ani Szwed, ani inna piekielna bestyja – rzucił ku swym pułkownikom kniaź, a odpowiedzią był jedynie pomruk aprobaty.

***

Husajn Hezarfenn stanął przed niedawno przybyłymi i doprawdy żałośnie wyglądającymi jeńcami. Stali w otoczeniu jego Spahisów, przerażeni i krańcowo zmęczeni. Dzieci płakały, matki tuliły je do piersi. Nieliczni mężczyźni starali się prezentować godnie przed Turkiem, ale było to naprawdę trudne. Imam zawołał jednego ze swoich ludzi.
- Przyprowadź tego, który rozumie turecki.

Po chwili stanął przy nim smagły, wychudzony młodzieniec.
- Rozumiesz, co mówię? – odezwał się łagodnie Imam.

Młody przytaknął.

- Wróć więc do nich i powiedz im, że podły zaprzaniec i ciemiężca odebrał im wolność. Ale ja – jako poseł prawowitego stambulskiego władcy, im ją zwracam. Niech wracają do domów.

  • Niktam

    2012-02-10 23:36:49 napisał(a):

    Fakt. Hebrajskie. Mało przytomny w pracy dziś byłem :P

  • sqva

    2012-02-10 16:45:57 napisał(a):

    :-D Kapitan Kreska na tropie!

  • kreska

    2012-02-10 16:32:09 napisał(a):

    ABW się nie bójcie. Kreska czuwa :)

  • Ksch

    2012-02-10 16:25:19 napisał(a):

    Reasumując: ABW nie zamknie, a jeszcze pochwali, natomiast na Mudżahedinów uważać odtąd trzeba. Zresztą już znacznie wcześniej byliśmy na celowniku: wszak nazwaliśmy Muzułmanów niewiernymi:D

  • sqva

    2012-02-10 16:03:58 napisał(a):

    By być ścisłym to hebrajski alfabet. A jak Wam się podoba fabuła?

  • Niktam

    2012-02-10 14:41:30 napisał(a):

    Jeszcze trochę i materiał na książkę się zbierze ;) Panowie (i może też Panie?), powstrzymajcie się od czcionek arabskich bo jeszcze ABW serwer zamknie myśląc że to jakaś tajna komórka Al Kaidy obmyśla jak władzę w naszym kraju obalić :P

  • Ksch

    2012-02-10 14:28:24 napisał(a):

    Szczerze powiedziawszy nie staram się naśladować, ani prozy z tego okresu, ani tym bardziej poezji. Czasem używam w tych kwestiach prostej inwersji, bo mi ona lepiej brzmi. Z pewnością też nie buduję opisów, na poziomie Bóg wie jakiej wrażliwości i dokładności. Ot fan tekst i tyle.

  • Ksch

    2012-02-10 14:28:24 napisał(a):

    Szczerze powiedziawszy nie staram się naśladować, ani prozy z tego okresu, ani tym bardziej poezji. Czasem używam w tych kwestiach prostej inwersji, bo mi ona lepiej brzmi. Z pewnością też nie buduję opisów, na poziomie Bóg wie jakiej wrażliwości i dokładności. Ot fan tekst i tyle.

  • kaś

    2012-02-10 13:11:39 napisał(a):

    Ja powiem tak: jako opowiadanko mające na celu zabawienie spełnia swoją rolę. Jednak: liczne powtórzenia z nieumiejętnym naśladownictwem języka mi osobiście kolą w oczy ( ale proszę się nie przejmować - ja mam osobisty stosunek do prozy i poezji :-) Natomiast użycie: "Jarema wbił gwałtowne[...]Jeremi gwałtownym ruchem[...]Jarema zbladł. " :-) można zapisać książe, Wiśniowiecki itd...I ten narrator jakiś taki zagubiony :-)

  • קו

    2012-02-10 11:09:52 napisał(a):

    שנה יהודי, אני מכיר

  • הצץסכך

    2012-02-10 10:31:34 napisał(a):

    אני לא רוצה להיות שונה Kresko

  • kreska

    2012-02-10 10:28:47 napisał(a):

    a to ze Starachowic konkursowe zdjęcie, prawda?

  • Ksch

    2012-02-10 10:21:25 napisał(a):

    וכן, נכון

  • sqva

    2012-02-10 09:46:39 napisał(a):

    :) Natirèlman, se sèlman yon kole moustach sou.

  • kreska

    2012-02-10 09:39:21 napisał(a):

    Jak zawsze świetny tekst :) Czekamy więc dalej :)

  • Ksch

    2012-02-10 08:49:47 napisał(a):

    Kosma, men mwen kontan ou renmen li

  • Ksch

    2012-02-10 08:48:10 napisał(a):

    Sqva: Jezi, bab mwen se vrèman gen nan foto a?

  • Kosma

    2012-02-10 08:38:07 napisał(a):

    Cos mi tu śmierdzi Rakoczym ;-) Fabuła jak zwykle super.

  • Ksch

    2012-02-10 08:36:15 napisał(a):

    Najwidoczniej ma cel w takim działaniu. Zresztą ten cel częściowo ujawnia się w tym opowiadaniu.

  • Kronb

    2012-02-09 23:18:52 napisał(a):

    Jak to "do domów"? To Ibrahim jest zły, a inni osmanowie dobrzy? Czy będą bawić się w "dobrego i złego glinę"?

Dodaj komentarz