Ważne informacje
- Co to jest Veto?
- Poradnik dla nowych graczy
- Akcje promocyjne
- Karty okazyjne
- Ranking turniejowy
- Organizowanie turniejów
- Wyszukiwarka kart
Szpiedzy i Dyplomaci
Warchoły i Pijanice
Archiwum
Sklep internetowy
Za garść boratynek - odsłona III
inki · 2012-02-09 00:45:00 · Tagi: świat, linia fabularna, szpiedzy i dyplomaci, · Komentarze: 16Dzisiaj niezapowiedziana wcześniej, kolejna odsłona cyklu "Za garść boratynek", która to stanowi preludium do ujawnienia osoby Elekta stambulskiej frakcji. Jutro ciąg dalszy fabularnych perypetii Rzeczpospolitej, a w piątek finalna część opowieści.
(część pierwsza)
(część druga)
W drzwiach do gospody stał Mikołaj Mielicki. Poszukiwany usilnie przez dwór królowej Ludwiki rzekomy agent Ibrahima nagle objawił się na ziemi lubelskiej. Towarzyszyło mu kilku ponurych drabów w błękitnych, szamerowanych żupanach. Dwóch weszło od stanu, widać konno przybyli, jeden zaś, o wyjątkowo wielkim brzuchu i pysku, rugał właśnie oberżystę.
- Te, zsido! Az autóm mentek iskolába! Miejszcze! Miejszcze żrób! Nem velem ezek a számok!!
Ungheresi, skonstatował Burattini oblizując palce. A konkretnie – madziarscy seklerzy, czyli sabaci. Potomkowie Atylli i Włada Palownika, idący dzielnie śladami pradziadów. Najemnicy, którym sprzykrzyła się dominacja Osmanów w Siedmiogrodzie, na Mołdawii i Wołoszczyźnie, a którym nijak nie podobało się sobiepaństwo Rakoczych. W Rzeczpospolitej, kraju wolności, czuli się doskonale. I właśnie na konto tejże wolności bez słowa zaczęli prać chłopską tłuszczę rękojeściami szabel i nadziaków. Podniósł się rwetes, Lawenda z pyskiem pełnym jajecznicy usiłował sięgnąć po cep, schowany dla niepoznaki do cholewy buta, niestety tęgi hajduk chwycił go za łeb i wywlókł przez stół, w tym czasie pozostali sabaci wyrzucali już z gospody resztę włościan, nie żałując kopniaków, pięści i słów, godnych pijanego becchino. Reszta biesiadników nieskładnie dopingowała to jednych, to drugich.
- Ez csak egy felületes sebet! – zawołał tęgi grubas, siadając z rozmachem na ławie. Dębina aż jęknęła. Młoda dziewczyna, zapewne córka arendarza, w pośpiechu zbierała miski i kubki, wycierała blat. Sprzed karczmy dało się słyszeć podniesione głosy, widać Moszko dopominał się o zapłatę. Hajducy przekrzykiwali się w zamówieniach:
- Borz a ragadozók rendjén belül!
- Menyétfélék családjába tartozó faj!
- Nem, kemeny tojas!
Dziewczyna niezbyt przejmowała się okrzykami, kilka lat pracy nauczyło ją jedynie słusznej reakcji. Prędko postawiła na stole butelkę prostki i kilka kubków, po chwili pojawiła się też kopiata miska kaszy i druga – ulików z cebulą. Węgrzy uciszyli się, Tęgi rozlał sprawiedliwie i od serca, Mielicki zaś taksował całą karczmę…
Wrócił Moszko, szeroko uśmiechnięty. Podobną minę musiał mieć Jozue podczas zdobywania Jerycha, nic zresztą dziwnego: w dłoni starozakonnego pobrzękiwały słodko miedziaki. Mielicki zamówił coś jeszcze, za chwilę przed zdrajcą pojawiła się miska parującej polewki. A żebyś się udławił, pomyślał Tytus.
- A coześ to panie pludrak tak zaniemówił? – przygadał pan Zasowski. Wybacz, żem godnosci prziepomniał, ale miana u was takie jakby kto po krzjakach cjetrzewja nawołiwał albo świnie wesele cziniły!
Akurat teraz Tytusowi było potrzebne powiadanie się z nazwiska! Zamamrotał przepraszająco, po czym sięgnął po kubek i wzniósł tradycyjne życzenia zdrowia. Biesiadnicy zawtórowali, trunek uderzył do głów, pan Zasowski pokraśniał, pan de Schechtly rozpiął justaucorps, spod którego objawił się jedwabny pourpoint w naprzemiennie białe i czerwone pasy, najpewniej barwy herbowe.
W tym samym momencie pod karczmę podjechał galopem kolejny hajduk, wpadł do środka jak bomba i przypadł do Mielickiego. Zdrajca pokiwał głową i dał znak Węgrom. Ci zaś, słabo protestując, zaczęli szybko dopijać i dojadać co jeszcze zostało na stole. Mikołaj stanął pośrodku karczmy, nerwowo poprawiał szablę - szykował się do drogi, widać było, że nie mają czasu. Rzucił Moszkowi dwa talary, wysłuchał jednym uchem życzeń pomyślności od gnącego się w ukłonach arendarza, i zamarł słysząc słowa…
- Widzę, że na osmańskim żołdzie żyje się dostatnio, mości Mielicki!!
W gospodzie, rzekłbyś, zrobiło się cicho tak jakby ktoś w kolegium pijarskim pochwalił pisma księdza Skargi. Szlachcice poodwracali głowy, ktoś sapnął, ktoś ze zdziwieniem czknął. Tytus Burratini, pludrak wynajęty aby kreślić linee, angoli et archi zgodnie ze wskazaniami Witruwiusza, stał z wyciągniętą ręką i rzucał straszliwe oskarżenie zdrady stanu. Większość biesiadników otwarła ze zdziwienia gęby i wybałuszyła oczy. Podobnie zresztą oskarżony…
Burattini zrobił dwa kroki i strzelił Mielickiego pięścią w łeb, aż tamtemu czapka spadła. Wskoczył na stół, skopując – wśród protestów gości - kilka kubków i dobył broni. Wywinął młyńca ciężkim rapierem (tu protesty nieco straciły na sile) i zamarł w pozycji szermierczej. Karczma zawrzała. Jeśli spodziewał się, że zdrajca dotrzyma mu pola, omylił się straszliwie. Mielicki cisnął w niego porwanym ze stołu talerzem stufato, po czym zanurkował między ławy, prosto do wyjścia. Burattini zaklął plugawie i po włosku, po czym szybkim ruchem wyjął misternej roboty sztylet. Ostrze przefrunęło między biesiadnikami i wbiło się w drzwi. Te same, przez które wybiegł właśnie Mielicki…
Tito nie czekał aż Węgrzy dobędą broni - skoczył i przepiękną tercją przyszpilił jednego do ściany. Italski sztylet zaznajomił się prędko i kilkakrotnie z trzewiami drugiego draba, mieląc je na węgierski gulasz. Trzeci hajduk zerwał się z czekanem, ale przeszkodził mu Tęgi, ciskając we Włocha miską i… wybiegając do stanu. Tito nie czekał dłużej. Strząsnął z siebie uliki i skoczył za grasso Ungherese, który przez ten ułamek chwili zdołał dopaść cherlawego wołoszynka, wtłoczyć na niego swe ogromne cielsko i dać ostrogę. Dzielny Włoch wskoczył na stojącego obok, nieco narwanego, jak się po chwili okazało, polskiego konika, i przypominając sobie obowiązujące w Rzeczypospolitej dokumenta prawne dotyczące kradzieży - ruszył za Węgrem.
***
Jeśli w tym momencie, szanowny Czytelniku, przestraszyłeś się, że Tytus pójdzie do wieży za wzięcie nie swojego i z całej wyprawy nici, uspokajam, że konie można było brać jako zdobycz wojenną (no, nie zawsze i nie każdemu, ale jednak). Poza tym, tak się przypadkowo składa, że właściciel tegoż zacnego rumaka przed chwilą skończył ryć obcasami podłogę, a jego szablą i sakiewką już się ktoś zaopiekował.
***
Gruby Węgier, mimo naprawdę pokaźnej tuszy, przegalopował przez cały Dęblin i skręcił w stronę lasu. Burattini, drąc się na całe gardło po włosku, łacinie, polsku i niemiecku, pędził za nim. Koń, mimo narwania, a może właśnie dzięki niemu, cwałował jak fulmine, aż Tytusowi peruka spadła. Sylwetka Węgra jaśniała na tle boru…
Zręczny wołoszynek, któremu widać nie chciało się wieźć owej beczki sadła, po wjechaniu między drzewa zatrzymał się znienacka przed małą rozpadliną. Tęgi przeleciał przez koński łeb prosto do dołu, gdzie padł bez ducha. Burattini, z trudem opanowując rozpędzone zwierzę, podjechał po chwili. Z olstra wyciągnął krótki pistolet o ciężkim, kołowym zamku. Nawet nie sprawdzał, czy nabity, ale od razu wycelował w pokaźne brzuszysko sabata, wyczołgującego się z leśnego wykrotu.
- No, signor Magiar, la Commedia e finita, czyli mówiąc po tutejszemu - koniec szutków! – wydyszał - Wstawaj i poddaj się po dobrawoli!
Węgier wybełkotał coś i popatrzył na Tytusa błędnym wzrokiem.
- Jak się zwiesz! Nomen! Nomen vestrum! Heilige Gott, wie heisst du!?
- Lucok... wysapał drab, łapiąc powietrze jak ryba wyrzucona na brzeg. Tytus zeskoczył z konia, i nie obniżając lufy podszedł do jeńca.
- Zatem, cny Lucoku, powiadaj się, ktoś jest, gdzie pies Mielicki, coście w Dęblinie czynili! A chyżo!
Widząc, że hajduk nie kwapi się do mówienia, pan Burattini przejrzał przytroczone do kulbaki sepety. Znalazł blaszaną manierkę, odkręcił, powąchał, skrzywił się i wlał Węgrowi do pyska. Podły trunek zabulgotał i znikł w przepastnej gardzieli.
- Możesz gadać?
- Ja…
- Tedy mów!
- Ich bin Wachmeister… ich dienst Herr Melycky… shluzba…
- Komu służy Mielicki?! Gadaj, bo kula w łeb!
- Die Turken…
- To wiem! Komu konkretnie! Z kim się kontaktuje, hasła, miejsca spotkań!
- Ja.. ja nyc ne whem..
- Gdzie Mielicki? Gdzie miał się udać? Mów!
Lucok z przerażeniem spojrzał w lufę puffera, jakby czarne oko pistoletu łypało na niego z nienawiścią.
- Do Kleschtsch… Klesstsch… Klestschuffki – wysapał - Ktosz… ktosz miał przybytrz! Mit Befehl!
Tytus nie czekał dłużej. Złapał pistolet za lufę i precyzyjnym ciosem w ciemię pozbawił sabata przytomności. Wskoczył na konia i ruszył galopadą w stronę Dęblina.
Po kwadransie kilkanaście koni rozchlapywało czarno-srebrzyste w świetle księżyca błoto na drodze do Kleszczówki. Pana Tytusowi hajducy, pamiętajmy, że zmęczeni całodzienną podróżą, odciągnięci od flaszy gorzałki i kęsów smakowitej, przypiekanej nad ogniem i wędzonej wprzódy słoniny, rozbudzeni i rozsierdzeni, klęli teraz w myślach swojego pryncypała, głupiego Włocha, żrącego ślimaki, trawę i sałatę; obrzydłego sodomitę, grywającego pewnie w piłkę, przebierającego się w niewieście fatałaszki, wymyślającego w dodatku nocne eskapady. Prosta służba, gadał pan de Noyers, szelma pięciu tynfów nie wart, wywczas będzie nie konwój, zwłaszcza teraz, gdy czas taki, a niech go dżuma zeżre, durnego Franka. Odwieziecie Włocha, w 6 tygodni jesteście z powrotem. Męczyć się nie lubi, więcej spać będziecie jak jechać. Kiep sfrancuziały! Pies kłamliwy! Jeden w drugiego pludraki i pończoszniki, jeden drugiego wspiera, za nasze żrą i piją, prosił ich kto tutaj? Wszyscy do Rzeczypospolitej lezą jak do siebie, jeszcze ta murwa francuska, iście zamtuz z kraju robi, miast w żałobie chodzić, za rządzenie się bierze! Widział kto, żeby baba tak się panoszyła?! A wszak wszyscy wiedzą, że co złe na Rzeczpospolitą spadło, to przez babskie rządy! Wojna z Habsburgami – Anna! Jagiellonowie wyginęli – Barbara! Sumy neapolitańskie – Bona Trucicielka!
Na wspomnienie onych sum, pół miliona dukatów w szczerym złocie, tęskno i smutno robiło się każdemu. Ach, gdyby tak naszego obrać królem, Piasta, krew z krwi i kość z kości Chrobrych, Odnowicieli, Krzywoustych… wygruzić Turczyna, kraj uspokoić, Kozactwo dorżnąć i napowrót w chłopów obrócić, znów Moskwę wziąć i swojaka carem osadzić… Ech…
Takie to myśli, niegłupie w idei, choć przaśne w propozycjach wykonania, przelatywały przez umysły trabantów (piękne to niemieckie słowo oznacza ochronę, towarzysza lub… księżyc) pana Burattiniego, galopujących przez las za swoim szalonym panem. W końcu wyskoczyli z przesieki, prosto na dolinkę i wieś. Tuż za lasem stała grupka kilku konnych z dobytą bronią, zaalarmowanych widać tętentem koni… Mielicki!
Huknęły strzały, towarzysze Mielickiego zniknęli za kłębami fumare, po czym ruszyli skokiem wzdłuż lasu. Hajducy Tytusa podążyli za nimi. Na czele, z obnażonym rapierem w dłoni, szarżował Burattini.
Ściganych, włącznie ze zdrajcą, było pięciu. Pierwszego udało się postrzelić, aż zleciał z kulbaki. Drugi oddzielił się od grupy, Tytus ruchem ostrza nakazał go ścigać. Trzeci zawrócił, dobył nadziaka i ruszył na spotkanie Włocha…
Nadziak, jak również jego bracia: czekanik i obuszek, jest bardzo wredną bronią. Doskonale łupie kirysy i szyszaki, nie pomoże przeciw niemu kolczuga, gołą głowę rozpuknie jak gliniany garnek. Toteż imć Tytus nie zamierzał swojej nadstawiać – przytulając się do końskiej szyi popędził rumaka, zostawiając przeciwnika swym hajdukom. Został Mielicki i ten drugi, przed nimi w księżycowej poświacie migotała Wisła.
- Mielicki, traditio, figlio di puttana, stóóóóóój! – darł się Tytus.
Towarzysz zdrajcy dojechał do rzeki, Tytus dojrzał dwóch sług z pochodniami - Mielicki zaś zawrócił konia. Szybkim ruchem dobył karabeli i natarł na Włocha. Tytus stanął w strzemionach i wywinął rapierem przepiękne mulinetto. Mielicki przegalopował tuż obok, ale czy to zmęczenie, czy półmrok, w każdym razie panu Burattiniemu nie dane było się zasłonić. Doskonale wyostrzone pióro karabeli chlasnęło go w policzek. Tytus zaklął i zawrócił rumaka. Po chwili zwarli się raz i drugi – wenecki rapier i krakowska karabela krzesały iskry, konie rżały, kopiąc nadrzeczny piasek, obydwaj zwadźcy dyszeli żądzą krwi…
W pewnym momencie koń Mielickiego wierzgnął, zdrajca zakolebał się w siodle. Tytus wykorzystał ten moment, cofnął ramię i precyzyjnym, królewskim wręcz pchnięciem przebił przeciwnika na wylot.
- Chryste… jęknął zdrajca i osunął się na ziemię.
Tytus splunął na ziemię, otarł czoło koronkowym mankietem i rozejrzał się. Mężczyzna stojący na promie, dziwny człowiek o nieco skośnych oczach, widząc śmierć Mielickiego dał znać sługom – odcięli prędko linę i długimi tyczkami odepchnęli tratwę. Burattini szarpnął za lejce, ale koń już po chwili zapadł się w młakę. Tratwa mknęła na środek rzeki, Tytus mógł tylko bezradnie przyglądać się. Skośnooki roześmiał się i splunął do wody…
Po kilku minutach zjechali się hajducy. Tytus przeliczył ich szybko, na szczęście nikogo nie brakowało.
- Ranniście, panie – westchnął jeden.
- Merda! Najważniejsze, że jednego zdrajcy mniej – warknął Tytus, choć krew z rozciętego policzka barwiła obficie kryzę i kaftan. Podszedł do konia Mielickiego i odpiął od kulbaki pokaźną sakwę. W środku były pergaminy, wypisane arabskimi robaczkami. Tytus sapnął z radością i zarzucił pakunek na ramię.
- Tfu, czarcie pyśmo, spalić to najlepiej – mruknął któryś z hajduków. Tytus parsknął ubawiony.
- Ech, głupiściewy. Toż to dowody zaprzaństwa! At, co wam będę opowiadał. Wy dwaj, ruszycie rysią do wsi. Sołtysa obudzić, niech ścierwo zdrajcy ściągnie, w trumnę jakąś wsadzi. Potem do Stężycy, staroście dać znać. I wracać zaraz! O świtaniu ruszamy! A my – Tytus nie zwrócił uwagi na pomruk - wracamy do Dęblina.
Za kilkanaście litanii wioska zamajaczyła na widnokręgu. Jechali wzdłuż ściany lasu.
- Jeszcze tu – wskazał dłonią Włoch - Te zarośla.
- A po co, jasny panie? – starszy hajduków, wachmistrz Szmielew, odruchowo poprawił bandolet.
- Po przewodnika - mruknął Tytus – I perukę.
***
Sabat Lucok otworzył oczy. Stojący nad nim hajducy uśmiechali się przyjaźnie, jeden nawet lał mu gorzałkę w gębę. Węgrzyn chrząknął i oblizał się. Z trudem wstał, otrzepał z grubsza żupan, po czym skłonił Tytusowi.
- Zum Befehl…
- Widzisz, mości Lucok, pana twojego już między nami nie ma – Burattini nie silił się na ceregiele - tedy czy chcesz czy nie chcesz, przechodzisz na moją służbę. Deine Dienste - meinen Befehle. Verstehen?
Gdy Madziar pokiwał głową, Tytus dodał:
- Pojedziesz więc z nami jako przewodnik. Do Siedmiogrodu. Do Kolożwaru. I dalej.
Sabat popatrzył na niego z niemym szacunkiem.
- Az én légpárnás tele van az angolnák!
***
Jerzy II Rakoczy, od dwóch lat książę Siedmiogrodu, odwrócił ku Burattiniemu swoje szlachetne oblicze.
- Witamy na naszym dworze szlachetnego przedstawiciela Rzeczypospolitej – zazgrzytał nieco toporną łaciną – jakaż to dobra nowina przysyła Cię do nas?
W sali tronowej stało kilkunastu znudzonych dworzan i płochych dwórek, przy wejściach wartę trzymali Szkoci, w hełmach pamiętających chyba wyprawę Jana Olbrachta. Rakoczego flankował herold w pozłocistym żupanie, ze sztandarem Siedmiu Miast w dłoni. Interesującym elementem panopticum było jednak dwóch Moskali, mimo ciepłej aury odzianych w ciężkie, zwaliste futra, oraz wysokie szłyki, przypominające kominy. Nad czołami pobrzękiwały im przyczepione dukaty; czarne kołnierze i szerokie brody nadawały im wygląd orsi, czy innych bestii.
- Podróżuję do Konstantynopola, Wasza Wysokość, a jako że mi droga przez lenna Wasze wypadła, tedym pokłonić się przybył i od pani mojej, królowej Ludwiki, pismo przekazuję – powiedział Burattini, kłaniając się w pas i zamiatając kapeluszem podłogę - Nie zabawię długo, gdyż Rzeczpospolita w srogie termina popadła, ale nie mógłbym sobie wybaczyć, gdybym w promieniach chwały domu Rakoczych nie ogrzał się choć chwilę.
Rakoczy uśmiechnął się pod wąsem, rad z pochwał, jak każde karpackie książątko władające pasmem górskim i dwoma strumykami na krzyż.
- Wielce zaszczytną jest dla nas wizyta tak dwornego kawalera, o którym wiele słyszeliśmy. Nie tylko arkana dyplomacji, nie tylko rycerskość i waleczność, ale i umysł tęgi waćpana w zdumienie i podziw każdego wprawiać winny. Prawda-li to, że waszmość, wzorem słynnego mistrza Leonarda, machinę latającą konstruujesz, która, jak o niej mówią, do Moskovii dolecieć może?
Na wspomnienie o kraju carów Moskale poruszyli się niespokojnie. Burattini wygłosił kolejną gładką formułkę, uśmiechając się w duchu na wspomnienie pięciuset ducati, które wycyganił od króla Władysława na badania.
- Plany są dalekosiężne – zakończył – a wynalazek ten zadziwi cały świat. W sercach wrogów strach wzmocni, u przyjaciół – afekta!
- Honor więc to dla naszego dworu! Honor, powiadam! Gościem naszym jesteś, wypoczywaj, jedz, pij, wieczorem wieczerzę na twoje przybycie wyprawiamy, a jutro – na prywatnej audiencji przyjęty przez naszą osobę zostaniesz.
- Coś mi się bowiem widzi – dodał szeptem Rakoczy, podczas gdy Burattini giął się w ukłonach – że mamy kilka spraw do omówienia…
Res continuetur
Inki
2012-02-13 21:47:08 napisał(a):Oczywiście, wszyscy wiemy - kemeny tojas!
Sqva
2012-02-12 17:33:49 napisał(a):A wiadomo, ze stronnictwo po węgiersku będzie musiało zawierać... (inki?)
Sebastian
2012-02-10 15:40:33 napisał(a):Widzę że powstała potrzeba powstania stronnictwa węgierskiego wVecie .
Sqva
2012-02-09 23:20:14 napisał(a):Ależ zapraszam - już jest! Nem velem ezek a számok!!
kreska
2012-02-09 23:10:57 napisał(a):To ja czekam dziś jeszcze na tekst poważniejszy nieco dziś :)
Ksch
2012-02-09 21:42:40 napisał(a):Dziś jeszcze będzie tekst nieco poważniejszy - tradycyjnie dość ponure w nowy sezon wprowadzenie. A jutro, a jutro znów pójdziemy na całość, czyli czwarta Boratynka. Od razu zdradzę: akcja 2, 3 i 4tej Boratynki ma miejsce przed tekstem o tym, co ujrzał Kociełł, którego to tekstu mój dzisiejszy tekst będzie kontynuacją. Za to 1. była przed Kociełłem:D
kreska
2012-02-09 15:57:06 napisał(a):Teraz do jutra spać nie będę mogła oczekując z niecierpliwością ciągu dalszego :D Świetne :)
Inki
2012-02-09 13:58:06 napisał(a):Wiem :D Podobnie jak wojna z Habsburgami nie była winą królowej Anny. Niemniej jednak Tytus ani hajduk nie zaprzątają sobie głowy takimi drobiazgami :)
Manoflowicz
2012-02-09 13:40:08 napisał(a):VLAD PALOWNIK BYŁ WOŁOCHEM!
Sebastian
2012-02-09 12:53:19 napisał(a):@Inki póki co każda odsłona jest jeszcze lepsza od poprzedniej ,a wszystkie są świetne ,z niecierpliwością oczekuje kolejnej .
Kuchar
2012-02-09 11:03:07 napisał(a):Super opowiadanie czekam na kolejną część ;) po za tym Lucok i wachmistrz Szmielew epic :D
Inki
2012-02-09 10:18:12 napisał(a):Lucku, żądania przyjęte. Na pewno na dzień dzisiejszy mogę zapewnić że dzielny sabat pojawi się jeszcze w Boratynkach... może nie będzie już bił podrzędnych pisarczyków, ale...
Żucho
2012-02-09 09:58:32 napisał(a):Borsuki jak drapieżniki w porządku!!! Padłem :)
Jan Onufry
2012-02-09 09:43:30 napisał(a):Az én légpárnás tele van az angolnák - Mój poduszkowiec jest pełen węgorzy Ez csak egy felületes sebet - To jest tylko powierzchowna rana Az autóm mentek iskolába - Mój samochód poszedł do szkoły Nem velem ezek a számok!! - Nie ze mną te numery! Borz a ragadozók rendjén belül - Borsuki jak drapieżniki w porządku Menyétfélék családjába tartozó faj - Łasicowate gatunki należące do rodziny Nem, kemeny tojas - Nie, jajka na twardo Lepszych tekstów nawet Szalony Kapelusznik by nie wymyslił. Gdzie sie takie znajduje? CHAPEAU BAS! mówiąc z pludracka
Kosma
2012-02-09 08:15:28 napisał(a):Świetny ciąg dalszy opowiadania. Już czekam na część kolejną.
lucek
2012-02-09 01:46:27 napisał(a):Az én légpárnás tele van az angolnák! :-D Żądam karty węgierskiego sabata o imieniu Lucok! Wręcz domagam się jej, Ibrahim Szyszman już mię się znudził :-)