Ważne informacje

Szpiedzy i Dyplomaci

Warchoły i Pijanice

Archiwum

Kuznia Gier on Facebook

Sklep internetowy

Za garść boratynek - odsłona IV

inki · 2012-02-13 23:45:00 · Tagi: świat, linia fabularna, szpiedzy i dyplomaci, · Komentarze: 7

Elekt wybrany. Zmiany w grafice ogłoszone. Nowy cennik już za nami. Czegóż więcej można chcieć? Aaaa, Tytus jeszcze do Stambułu nie dotarł!

(część pierwsza)
(część druga)
(część trzecia)

Koła karety turkotały wesoło po kamieniach drogi pamiętającej jeszcze przemarsze rzymskich legionów. W powietrzu czuło się intensywny zapach traw, żywicy, miodu i owoców. Słoneczna Wołoszczyzna witała gości feerią barw i aromatów. Kolebiący się sennie w siodłach hajducy zabijali czas pieprznymi opowiastkami, w których prym wiódł zwłaszcza wzięty uprzednio w plen Lucok. Sabat z marszu przypadł drabantom do gustu, powszechny entuzjazm wzbudziły szczególnie opowieści o krakowskim piciu, śląskim smolarzu i balonie, Szwedzie Eryku któren bab od chłopów odróżnić nie potrafił czy też kobiecie-niedźwiedziu. Nawet Tytus wysłuchał ich zza zasłonki i znalazł zacnymi.

Zatem Włoch nie miał powodów do narzekań, poza ciasnotą karety. „Trzeba było sobie samemu zbudować” pomyślał, po raz kolejny przeklinając pana de Noyers i własny brak zapobiegawczości. Sycząc, kolejny raz zmienił pozycję ciała, czując jak skurcz pośladka walczy o palmę męczeństwa pana Tytusa ze ścierpniętą nogą.
- Osh pan Tytush pewnie bylbi kshiw na tę dykteryjkę – gadał Lucok - ale znawshy kedys taky szőrös majom co się zwał Titus tak samo. I on się samotrzeć s twoma strzelcziki pshez sfiat peregrynovau, a na gębie zaroshnenti byl jak kaczkodam!

Spotkanie z Rakoczym nie było niczym zaskakującym. Zakompleksione książątko marzące o koronie św. Stefana i wypędzeniu Osmanów opowiedziało bez zachęty swoje plany i projekty polityczne. Tytus słuchał, notował w pamięci, analizował. Siedmiogrodzki książę, chciwy i absolutnie oderwany od bieżącej sytuacji politycznej, marzył o krucjacie, jednoczesnym uderzeniu na Konstantynopol i Jerozolimę, przy poważnej pomocy Habsburgów, którym chciał odebrać Pożoń i resztę Węgier. Mimo abstrakcyjnych wizji świata Rakoczy mógł być niebezpieczny… lub pomocny, w zależności jak zostałby wykorzystany. Tytus był przekonany, że Europa i Rzeczpospolita jeszcze o nim usłyszą…
Z zamyślenia wyrwała go kolejna salwa śmiechu. Pośladek dał o sobie znać, Tito prawie zwinął się z bólu. „Culo” pomyślał, czas na popas.
- Wachmistrz, a poślij-no kogo do przodu, czy jakowej trattorii przed nami nie ma – rzekł przez okno.
- Jużem posłał, będzie trzy zdrowaśki temu – odparł Szmielew.
„Dobry jest” pomyślał Tytus – „Co trzeba zrobić to już zrobione, a i od siebie coś wymyśli. Marnuje się chłop w hajdukach, na dragona go trzeba będzie kreować”.

Ponownie przeanalizował wydarzenia ostatnich dni. List od Rakoczego do hospodara Mateusza Besaraba pozwolił Tytusowi zabawić dwa dni w Targoviste i naocznie przekonać się o potędze władyki. Tak, jeśli ktokolwiek zdoła zjednoczyć Węgry, to raczej Brancovenestowie niż Rakoczy, czy Bazyli zwany Wilkiem. Kraj dostatni, bogaty, drogi co prawda myśmy budowali, ale słusznie to bo trzymają się do dzisiaj. Zresztą, pomyślał Włoch, któż wie kto będzie tu panować za, dajmy na to, trzy lata? Wszak ta dzika Słowiańszczyzna nie uskutecznia nic innego jak żganie się sztyle… tu imć Burattini zmitygował się lekko na myśl o Borgiach i Medyceuszach…
- …a przi komodzi miala taka csinos táblázat na któri festmények milosnykuw tshimala – perorował Lucok - na co jak się jei kompani zsidki zviedzieli, to zrazu ovo miejscze po ichniemu ha-Kotel ha-Maarawi zwali…

Po chwili wrócił goniec, jakoż i niebawem ukazała się gospoda. Burattini z rozkoszą wyskoczył z karety i przeciągnął się jak gatto. Stoły ustawione na wolnym powietrzu, pod zadaszeniem z oplecionej winoroślą pergoli, aż zapraszały, żeby usiąść. Rozsiedli się więc co rychlej, dziewka służebna pojawiła się natychmiast z dzbanem młodego, kwaśnego wina. Gdy Tytus pokazał dukata, pobiegła po właściciela przybytku. Gospodarz, gnąc się w ukłonach, dziękował za przybycie (translację czynił Lucok), nalegał, aby zostali i wypoczęli, prosił o nowiny, zwłaszcza polskie (jak się okazało, zwał się Dopulu i twierdził, że ma kuzyna w Rzeczypospolitej). Na stole wylądowały gołąbki z liści winogron, miska ajwaru z bakłażanów i papryki, koszyk pachnących żytem i węglem gorących placków, stos smażonych kiełbasek zachwalanych przez karczmarza jako mititei, oraz kolejny dzban, tym razem napoju pachnącego limonami i pomarańczami. Hajducy rzucili się na posiłek jak król Batory na Inflanty, opędzlowując naczynia do czysta.

Mimo szalonych protestów gospodarza, chcącego gościć przyjezdnych przez najbliższy tydzień, Tytus uiścił należność i skinął na obstawę. Przyjął z uśmiechem gąsior czegoś pachnącego śliwkami oraz sprawione koźlątko, owinięte w nasączone winnym octem płótno, po czym dał sygnał do wyjazdu. Wtarabanił się do karety, i bimbając sobie na opinię hajduków (nienajlepszą, jak mniemał), wyciągnął się na całą szerokość pojazdu i… wystawił stopy za okno. „Madre di Dio” pomyślał z ulgą, obserwując szafirowe niebo, na którym gdzieniegdzie wisiały barankowe chmury. Słońce świeciło, ptaszęta ćwierkały, powietrze pachniało miodem i tymiankiem, Lucok kończył opowieść o nadużywaniu zamorskiej machorki – świat zaczynał uśmiechać się do pana Tytusa.

Dzień później przekroczyli granicę Imperium Osmańskiego. A po kilkunastu dniach koła karocy zaturkotały po stambulskim bruku…

***

Ach, Stambuł! Serce imperium ottomańskiego, pół miliona mieszkańców, drugie tyle przyjezdnych, kupców, najemników. Niegdyś zwany Konstantynopolem, a przez Słowian, do dzisiaj Carogrodem kwiat architektury rzymskiej, greckiej, tureckiej, arabskiej. Tygiel wielu kultur, plemion, nacji i narodowości. Niegdyś stolica Cesarstwa Wschodniorzymskiego, podbita wpierw przez krzyżowców, a później przez Mehmeda nomen omen Zdobywcę, w prostej linii przodka Ibrahima…
Niestety, Tytusowi nie było dane zbyt długo się zachwycać wspaniałościami Grodu Konstantyna. Kareta tkwiła wbita w różnokolorową ciżbę, wrzeszczącą oraz śmierdzącą kożuchami i podłym winem. Hajducy nie żałowali sobie, łoili dzicz nahajami, płazami szabel i grubymi słowy, jednak niewiele to dało – co chwila jakaś gęba pojawiała się w oknie i proponowała w pogańskim języku transakcję („Kör yarasa! Kör yarasa!”), już to kadzideł, już to dzwonków, czy też, co szczególnie zirytowało posła, żywej kury, którą właściciel, chyba dla żartu, ale wątpliwej śmieszności - wrzucił do środka wehikułu.
Ostatecznie przebili się przez tłum. Jeden z hajduków zgłosił brak sakiewki, inny – czapki i bukłaka. Tytus machnął ze zniecierpliwieniem ręką i kazał ruszać dalej, do klasztoru franciszkanów. Tam, zamachawszy glejtami, zostali wpuszczeni przez barczystego gwardiana i po chwili pan poseł siedział w refektarzu, podejmowany przez sędziwego przeora, ojca Giuseppe. Nakreśliwszy swoje plany, uzyskał zapewnienie o natychmiastowym poinformowaniu pałacu Topkapi o przybyciu gościa. „Zatem dotarłem” pomyślał – „Teraz najtrudniejsze. Ale wpierw – krótki wypoczynek”. Rozpuściwszy obstawę („Dukat na głowę!”) przebrał się w luźną tunikę, wymienił kilka talarów na miejscowe pary i udał na spacer po mieście.

***

Tutaj, drogi Czytelniku, należy Ci się kolejna istotna uwaga. Wbrew sarmackim i europejskim w ogóle propagandystom i innym sierotom po krzyżowcach, państwo osmańskie było w miarę tolerancyjnym organizmem politycznym. Żyli tam we względnej zgodzie Turcy, Arabowie, Grecy, Tatarzy, Kurdowie, Żydzi, Ormianie, narody bałkańskie i afrykańskie… Można było sobie przyjechać na handel albo zwiedzanie, szariat nie był prawem nadrzędnym, społeczeństwa były autonomiczne i grupowane pod kątem wyznawanej religii, a sułtani nie byli krwiożerczymi bestiami.
Przynajmniej nie wszyscy.

***

Wieczór zastał Tytusa siedzącego na Złotym Rogu i w zamyśleniu patrzącego na wpływające do portu statki. Zapowiadała się naprawdę ciężka batalia, zwłaszcza musiał dopiero wybadać kto w obecnej chwili jest przy władzy. A miał naprawdę mało czasu…
Pogryzając pieczonego kalmara skierował swe kroki do klasztoru. Mimo późnej pory, miasto dalej było gwarne, na ulicach kręciło się sporo ludzi. W momencie gdy przechodził przez jedną z głównych ulic, musiał się zatrzymać – przez tłum przeciskała się grupa konnych. Nie silili się na delikatność – obalili kilka osób i ze śmiechem pokłusowali dalej. Tytus wzruszył ramionami, i ruszył przed siebie. W klasztorze odebrał informację, że po pierwsze: pałac Topkapi oczekuje jutro w południe; po drugie większość hajduków bawi się w niedalekiej karczmie („Jeśli nie ma rozkazów, to wracam, Wasza Miłość, bo Lucok jakowąś facecyję o sztandarze rokoszan ma opowiedzieć”) ale powrót planowany jest nad ranem, zatem pożegnawszy gwardiana po raz pierwszy od kilku tygodni położył się w łóżku. Prawdziwym. Łóżku. Z. Pościelą. Madre di Dio!
Zakopał się w piernatach i już zapadał w głęboki sen gdy nagle podniósł głowę i zamrugał oczami. Jednym z jeźdźców był skośnooki z tratwy, towarzysz Mielickiego!

***

Obudził się na tercję. W miarę wyspany, średnio wypoczęty, ale gotów do działania. Po szybkim posiłku przespacerował się po krużgankach i rozejrzał za obstawą – spoczywali (to dobre określenie) w klasztornym ogrodzie, gdzie gasili pragnienie i ból głowy strugami lodowatej wody, wyciąganej wiadrami ze studni. Pojawienie się pryncypała wymusiło niejako postawienie całej czeredy na baczność – kac nie kac, posłuch musi być. Tytus kazał doprowadzić się do porządku, w dwie godziny mieli być gotowi do wymarszu. Sam wrócił przebrać się w polski, szamerowany żupan i karmazynową delię. Brzuch spiął pasem z ciężkich, mosiężnych ogniw, do boku przypasał lekką karabelę, nabijaną hojnie perłami. Na głowę przywdział futrzany kołpak, przystrojony szkofią z wielkim, krwistym rubinem. Był gotów…
Gdy słońce wdrapywało się na sam szczyt nieba, karoca Tytusa minęła Bâb-ı Hümâyûn, czyli Bramę Imperium, i przejechała pomiędzy szpalerem janczarów. Hajducy podążali komunikiem. Topkapi, siedziba sułtanów, otwierała przed gośćmi swe podwoje, olśniewając przepychem, bogactwem, drobiazgową ornamentyką i aurą potęgi. Wpierw wjechali na Alay Meydanı, Pierwszy Dziedziniec – pełno to było janczarów, rzemieślników, woźniców i innych sług, dbających o potrzeby pałacu. W milczeniu minęli służący od dwóch wieków za arsenał kościół św. Ireny i dojechali do Bramy Powitania. Tu polecono im się zatrzymać, Tytus wysiadł z wehikułu i wręczył listy starszemu janczarów - po czym ruszyli pieszo. Za Bramą rozciągał się Dziedziniec Drugi, z promieniście wytyczonymi alejami. Woń kwiatów i owoców mieszała się z aromatem przypraw, strzeliste palmy kołysały się lekko na tle pozłacanych kopuł. Urzędnicy Pałacu, odziani w przepyszne jedwabne szaty, przechadzali się w asyście trzymających wielkie wachlarze sług. Goście, co tu dużo mówić, byli oszołomieni. Doszli do Bab-ı-Saadet, Bramy Szczęśliwości, gdzie janczarzy zostali zluzowani przez eunuchów. Trzebieńcy bez słowa otwarli wrota, za którymi pośrodku cudnie pachnącego ogrodu stał pawilon Arz Odası – Komnaty Tronowej. Kapiący od złota, srebra i klejnotów, przesycony aromatem kadzideł, cud sztuki architektonicznej, złotniczej i jubilerskiej, wprawił hajduków (posła nieco mniej) w niewysłowiony wręcz zachwyt i podziw.
W środku, otoczony eunuchami i najwyższymi urzędnikami, na złoconym tronie siedział sułtan. Mehmed IV, syn Ibrahima, Padyszach, Szach, Kagan, Zwierzchnik Domu Osmanów, Sułtan Sułtanów, Chan Chanów, Kalif, Sukcesor Proroka, Władca Wszechświata, Kustosz Świętych Miast Mekki, Medyny i Jerozolimy, Sułtan Rzymu etc. etc. etc. Posiadaczem wszystkich tych przepysznych tytułów był jednak nie mąż gromowładny, ani sędziwy monarcha, ale dziewięcioletni chłopczyk o wielkich, przestraszonych oczach. Po jego prawicy stał Wielki Wezyr: Kara Dew Murad Pasza, człowiek faktycznie rządzący Imperium Osmańskim – i jak domniemywał Tytus, nie pragnący się ta władzą dzielić.
Włoch skłonił się w pas, hajducy zgodnie z poleceniem padli na kolana i twarz. U stóp tronu złożyli podarki. Tytus, poprzez tłumacza, wygłosił długą i kwiecistą mowę. Nie wdawał się w szczegóły, sytuację w Rzeczypospolitej opisywał jako „niepokoje” czy też „ten czas”. W oczach Murada widział znudzenie, Mehmeda – niezrozumienie. Twarze innych wezyrów były nieprzeniknione, choć niektórzy uśmiechali się niczym kupcy, zachwalający najlepsze towary.
Gdy skończył, Wielki Wezyr odpowiedział równie kwieciście i równie niekonkretnie. Obie strony wiedziały zresztą, że najważniejsze zostanie ustalone na nieformalnych naradach. Goście skłonili się raz jeszcze i opuścili pawilon. Tytus chciał od razu poprosić o spotkanie z Muradem, odmówiono mu jednak tego. „Jego Dostojność zajęty jest teraz wojną, którą prowadzą z Wielką Portą weneccy pobratymcy pana posła” dowiedział się. Wyznaczono im kwatery w kompleksie pałacowym, tam też udali się pod dyskretną eskortą eunuchów.
- Baby to, czy pacholikowie, bo wyrozumieć nie mogę – mruknął jeden z hajduków
- Obrzezańcy!
- Głupiś, wyrzezańcy!
- Wszystko jedno!
- Trzebieńcy!
- Dziewek tu w haremie pilnują!
- Jeno się nie pomyl! – padały serdeczne wyjaśnienia i rady kompanów.
- A idźcie precz, tacy synowie!
Tytus syknięciem kazał im się uciszyć. Przez ogród spacerował bowiem długobrody urzędnik, mający u swego boku… skośnookiego człowieka z tratwy! Kompan Mielickiego giął się w ukłonach, Turek uśmiechał się i kiwał głową. Tytus zmrużył oczy i lustrował całą scenę. Skośnooki wyszczerzył się na jego widok, ale ani na trochę się nie zmieszał. Włoch westchnął i ruszył dalej. Przy Bramie Powitania nakazał jednak hajdukom znów się zatrzymać, wśród kręcących się kupców i rzemieślników mignęła mu bowiem znajoma twarz.
- Abi!? – zawołał – Abi Blumsztajn!?
Brodata gęba królewskiego dostawcy uśmiechnęła się szeroko.
- Sianowny pan Titus! Jak się sianowny pan ma!? Pan hówniesz w intehesach z Turkamy?
- Tak, w pewnym sensie…
- To thakie ścięście pana inżhinieha tu spotkać, thakie ścięście… pan inżhynieh pomożie Abiemu, wsiak myśmy oba cywilizacja judeoksześcijańska, nie to co te pogany niekszczone, phawda?!
- Tak, tak, oczywiście, ale drogi Abi, rzeknij mi – szepnął Tytus – co to za dziwny człek o skośnych oczach, co się u rękawa onym agom i bejom wiesza? Dukata stawię, żem go już kiedyś widział?
- A to washa wielmożność nie wie? Toć to Hamzy Abakanowicz, Tatarzhyn, co to u Potockich sługiwał, ale jak Ibrahim królem zos… po koronę sięgnął, to mu się w pas pokłonił i za rękodajnego jest. Siła on rzeczy wie, aj waj, interes z nim – sam cymes! A jak washa wielmożność będzie whacać? Możie przez Mołdawię?
- A na cóż mi przez Mołdawię jechać, drogi Abi, skoro prosta droga jak strzelił przez Siedem Miast wiedzie?
- Ano… zwiedzilibyśmy kawałek Euhopy… wina by sobie wasia wielmożność nakupił… dobhe wino, jak na ućcie u króla Balthazaha… w kupie to też i haźniej, i bezpieczniej… - bajał dalej Abi, licząc na skorzystanie z darmowej eskorty i poselskich glejtów.
- Abi, czy tobie naprawdę wszystko jedno z kim i gdzie robisz interesy?
- Geszeft nie starosta, o nazwisko nie pyta!
Tytus machnął ręką. „Pogadamy jeszcze, drogi Abi” rzekł i podążył na kwatery. Nie dane było mu jednak rozsiąść się na jedwabnych poduchach - gdy mijali z hajdukami krużganki, zatrzymał go jeden z wyższych rangą eunuchów – „Czcigodny Melek Ahmed, rządca Bagdadu, zaprasza Cię, pośle kraju Lecha, do swej komnaty”. Tytus, rad nie rad, odprawił sługi i podążył za wałachem.
- Słyszałem, że Wielki Wezyr nie dał ci posłuchu, przybyszu z Lechistanu – rzekł Melek Ahmed, rozłożony wygodnie na stosie poduszek. Czarnoskóry sługa wachlował go strusimi piórami, ale chyba głównie dla splendoru – w komnacie było bowiem duszno od aromatów, kadzideł, a przede wszystkim ogromnej butli, u szczytu której paliły się aromatyczne zioła. Melek sięgnął po wymalowaną w fantazyjne wzory rurkę i zaciągnął się. W butli zabulgotało, na twarzy rządcy pojawił się uśmiech.
- Cóż w ogóle słychać w Rzeczpospolitej? Przyjęliście, słyszałem, Ibrahima za sułtana? To teraz żeście naszymi wasalami, czyż nie?
- Wasza Dostojność raczy posiadać niekompletne informacje – Tytus nie przejął się zaczepką – Ibrahim dzierży stolicę i kilka miast, m.in. Warszawę czy Lwów. Jest w Rzeczpospolitej opór przeciw niemu, ale rządzi on prawem silniejszego. Jeno odważniki na wadze przesunąć, a wszystko być może…
Melek popatrzył przytomniej, po czym skinął na niewolnika. Maur wyszedł bezszelestnie.
- Odważniki przesunąć, powiadasz… A cóż takiego miałoby skłonić Pałac, aby sięgnął po odważniki? Aby w ogóle zaprzątał sobie myśli jakimiś barbarzyńskimi, północnymi państewkami, które i tak wpadną w jego ręce?
- Jedyny kreśli linie naszego żywota, zatem nie określałbym tej przyszłości tak kategorycznie. O aktualnej sytuacji rozmawiajmy. A jest ona następująca: Ibrahim z wojskiem dzierży Rzeczpospolitą. Dla was sytuacja niebezpieczna, dla nas dolegliwa. Przełóżmy odważniki na tej wadze, o wezyrze!
W tym momencie do komnaty wszedł mężczyzna w stroju janczarów, ale niezwykle bogatym, wręcz kapiącym od złota.
- Abaza Siyavus, dowódca janczarów, Tytus Burattini, poseł Lechistanu – dokonał prezentacji wezyr – wystaw sobie drogi Abazo, że obecny tu pan poseł proponuje nam układ. Mamy otóż wspomóc jego kraj w odrzuceniu jarzma naszego ex-sułtana.
- Ho ho, idea śmiała i bez naszej pomocy nierealna – zaśmiał się chrapliwie Abaza.
- Jednocześnie nasz Wielki Wezyr nie dał mu posłuchania!
- Ho ho, równie dobrze mógłby księżyc o audiencję prosić – śmiał się janczar.
- A ja myślę, że obecność pana posła to znak dla nas, a zarazem możliwość układu.
- Ho ho ho ho, znak znak, niewątpliwie znak, trzeba się spieszyć – Turek trząsł brodą.
„Jeśli on jeszcze raz się zaśmieje, rzucam to wszystko” pomyślał Tytus. „Wrócę do Wenecji, zaciągnę się na statek i będę wycinał Turków na morzu. Potem wpłynę do Konstantynopola i osobiście utnę mu język” myślał, ale jako wytrawny dyplomata uśmiechał się uprzejmie.
- Mości pośle! – zagrzmiał Melek, gdy Abaza wreszcie się wyhohotał. Ibrahim… nasz ex-władca zostawił tu wielu stronników. Wielu przeciwników również. Sympatyków twej idei, idei pomocy Lechistanowi, znajdziesz więc pewnie kilku. Każdy jednak po kupiecku zapyta: - co Rzeczpospolita jest w stanie zaoferować? Czym odpłacicie się za pomoc?
- Ho ho ho – zaśmiał się Abaza – lepiej mieć pół państwa i wolność, niż całe a zniewolone, ho ho ho!
- Więc? – uśmiechnął się Melek.
- Może… całe i wolne? – zaczął ostrożnie Tytus – A jednocześnie… jakby całe oddane… w opiekę?
Turcy przestali się uśmiechać.
- Konkrety?
- Po zgładzeniu Ibrahima i rozpędzeniu jego wojsk zwołana będzie elekcja. Może więc nie pół kraju, nie Podole z Ukrainą, ale… własny król? Jednak taki król – zastrzegł od razu Tytus – którego szlachta wybierze. Który będzie wyznawał – lub przyjmie przed koronacją – wiarę rzymską…
Turcy spojrzeli po sobie i przez chwilę nic nie mówili, tylko butla z ziołami bulgotała zachęcająco.
- Myślę, że trzeba wysłać poselstwo. Pojedzie Hezarfenn – Melek spojrzał pytająco na Abazę. Janczar kiwnął głową.
- Zatem mogę liczyć na szepnięcie słówka Wielkiemu Wezyrowi? – zapytał Tytus.
- Ho ho ho, właśnie to uczyniłeś – wyszczerzył się Abaza. Melek zaciągnął się dymem…
„Niewątpliwie znak. Trzeba się spieszyć.”
- Czy to znaczy, że… - zaczął Tytus.
- Tak jest. Dziś w nocy.
Burattini kiwnął głową.
- Rzeknijcie mi jeszcze, dostojni wezyrowie, kim jest i co czyni tutaj Hamzy Abakanowicz? – wypalił znienacka.
- Szejtan go wie. Ma kontakty z Ibrahimem, rzekomo to szpieg Kara Dew Murada w Lechistanie.
- Ho ho ho, wart on pala, ale chroni go kilku bejów… do północy, ho ho ho.
Tytus zamyślił się głęboko, po czym sięgnął po rurkę. Aromatyczny dym wypełnił jego płuca. Powoli wydmuchiwał białe obłoczki, umysł stał się jasny i ostry jak brzytwa, ciało rozluźniło się. Już wiedział, że ta partia jest wygrana.

***

Wybiła północ. Tytus, przebrany w tunikę, uzbrojony w sztylety, zerwał ze snu hajduków. W kilka pacierzy byli już w ogrodzie pałacowym. Towarzyszyło im kilku janczarów, przytomnie wysłanych przez Abazę, żeby ktoś w ferworze i rewolucyjnym zapale nie wysłał Włocha na tamten świat.
Biegli przez Topkapi w poszukiwaniu Abakanowicza. Nie było go u dziewek wszetecznych, ani u skrybów, ani w stajni, dwóch eunuchów zapewniało, że nie ma go w sypialni. Szukali więc. Tymczasem w pałacu trwał przewrót. Melek Ahmed włamywał się do kancelarii Wielkiego Wezyra, starannie wyselekcjonowani janczarowie mieli wzmocnić warty przy sypialni sułtana, wezyrowie wciągnięci do spisku kazali mordować zwolenników obalanego Wielkiego Wezyra – lub siebie nawzajem.
Janczarowie wyważyli drzwi do komnaty Kara Dew Murada. W środku, poza zaspanym eunuchem, nie było nikogo. Żołnierze rzucili się z kindżałami i jataganami na kotary, zasłony, pościel..
- Uciekł! – zawrzasnęli – Gonić go!

Sułtan Mehmed otworzył oczy, podniósł głowę i z przestrachem nasłuchiwał odgłosów walki. Ciemnoskóry Etiop drzemiący pod ścianą wstał i odruchowo zaczął wachlować swego pana. Powietrze było ciężkie, gorące, duszne od woni kwiatów i jakiegoś innego, ostrego i żelazistego zapachu. Mehmed zadygotał, zagryzł rękaw i płacząc, zwinął się w kłębek. Tę noc zapamiętał do końca życia. Gdy niecałe 4 dekady później doprowadzi do buntu swoimi nieudolnymi rządami, sytuacja powtórzy się. Janczarowie, którzy wedrą się do jego komnat, znajdą swego sułtana leżącego na łóżku, dygoczącego i zalanego łzami. Nikt nie podniesie broni, wszyscy wyjdą w milczeniu. Pełni pogardy.

Tymczasem Tytus rozpuścił hajduków po korytarzu, sam wbiegł do jednej z komnat. Pusto. Następna. Pusto. Podbiegł do okna, i aż pobladł z wściekłości. Dziedzińcem biegł Hamzy. Tytus nie czekał dłużej. Zerwał pozłacane sznury od kotar, przywiązał do ciężkiego łoża, siadł na parapecie i zsunął się po ścianie. Wylądował w krzaku orchidei, wyszarpnął zza pasa sztylet i cichym truchtem ruszył za Tatarem. Abakanowicz, tknięty przeczuciem, odwrócił się. Tytus, widząc że jest zdemaskowany (czający się za plecami Włoch ze sztyletem w dłoni był co prawda normalnym zjawiskiem, ale tylko we Włoszech, tylko w Renesansie, a i wtedy należało uciekać gdzie pieprz rośnie), przyspieszył. Chwycił pewniej sztylet, jednak Tatar nie czekał – skręcił w najbliższe drzwi. Hagia Eirene. Arsenał pałacu Topkapi. Pilnowany niezwykle starannie… zazwyczaj. Dzisiejsza noc była jednak wyjątkową.

Tytus wbiegł do korytarza i natychmiast zanurkował pod kindżałem, który stojący zdradziecko za drzwiami Hamzy zapragnął wbić w szyję Włocha. Dobył drugiego ostrza. Rzucili się na siebie jak dwa wściekłe dziki, wymieniając cios za ciosem. Hamzy, roślejszy, ale mniej zwinny, odepchnął Tytusa i ruszył w głąb arsenału. Burattini dysząc pobiegł za nim. Po chwili znalazł się w nieprzeniknionym mroku. Zatrzymał się, uspokoił oddech – ale nigdzie nie słyszał przeciwnika. Starając się nie wzbudzić hałasu zaczął przesuwać się wzdłuż ściany. Załom korytarza. Schody w dół, oświetlone skąpo wpadającym przez małe okienko światłem. Pochodni? Ogniska? Ruszył w dół.
W oddali słychać było szczęk broni – to janczarowie walczyli ze strażą przyboczną bejów i wezyrów, stronników Ibrahima lub Kara Dew Murada. Oto wykuwa się Nowe – pomyślał Tytus – kto wie, jaki będzie mieć to wpływ na Rzeczpospolitą, daj Boże jak najlepszy. Z zamyślenia wyrwał go tupot nóg. Niedaleko, zza ściany. Nabrał powietrza i ruszył w tamtym kierunku. Ściana. Obok... ściana. Zawrócił i wbiegł po schodach. Dobrze pamiętał skąd przybył, choć ciemność wokół niego była niemal atramentowa. Kroki cichły w oddali…

Hamzy, chichocząc upiornie, podpalił lont. Końcówka zadymiła, zajaśniała – i powolutku, cicho sycząc, mała iskierka zaczęła niknąć w mroku korytarza. Tatarzyn zatrzasnął drzwi, pobiegł do pobliskiej stajni i po chwili wyjechał konno, ciągnąc za sobą objuczonego luzaka. Minął niepilnowaną przez nikogo bramę i galopując, opuścił pałac Topkapi.
A właśnie tej chwili zakołysały się ściany Arsenału, huk straszliwy targnął powietrzem: kopuły, wieże, ludzie, konie, działa, masy ziemi, kamieni i cegieł – wszystko to porwane w górę płomieniem, pomieszane, zbite jakby w jeden straszliwy ładunek, wyleciało w powietrze!
Wybuch zbudził wszystkich w pałacu. W zamieszaniu spiskowcy wyrżnęli wszystkich opornych, jak również tych, których za opornych uznali. Podczas naprędce zwołanej narady roztrzęsiony Mehmed złożył swoją turgę pod awansem Meleka Ahmeda na Wielkiego Wezyra, a także pod listami uwierzytelniającymi dla posła Husajna Hezarfenna. Frakcja spiskowców osiągnęła zwycięstwo, w Imperium Osmanów zapowiadała się nowa epoka. Pył z rozsadzonego Arsenału opadał na kałuże cuchnącej krwi i cudnie pachnące orchidee.

***

Słońce oświetlało wysadzoną Hagia Eirenę, zakurzone gruzowisko będące jeszcze kilkanaście godzin temu najpotężniejszym składem broni Imperium Osmańskiego. Słudzy ładowali kamienie i cegły na taczki, dwukółki i wozy, nadzorcy poganiali co bardziej ospałych. Pod rozłożystą palmą stała eskorta Tytusa i Abi Blumsztajn. Hajducy, mnąc czapki w rękach kończyli „Wieczne odpoczywanie”, spekulant pociągał nosem.
- Nie masz pana Titusa… mądhy był ci-on i ahtysta jak sam Leonahdo! A co ja mówię! Jak Leonahdo i Behnini hazem!
Sabat Lucok pokiwał głową. Wachmistrz Szmielew uczynił nad kamieniami znak krzyża i bez słowa ruszył do kwater. Za nim dreptał Abi, proponując trasę powrotu przez Mołdawię…
Zaś Bramą Imperium wyjeżdżał, otoczony oddziałem spahisów, poseł sułtański Husajn Hezarfenn, dzierżący pisma, listy i glejty, a przede wszystkim – propozycję kandydatury do polskiego tronu. Kandydatury człowieka, który obecnie władający wasalnym wobec Osmanów księstewkiem, objąłby swym panowaniem Kraków i całą polską krainę, od Karpat aż po siwe fale Bałtyku.

FINEM

  • Kalor

    2012-03-11 00:02:28 napisał(a):

    No i co, i umarł, i tyle?

  • paskud

    2012-02-14 23:17:04 napisał(a):

    walentynki się kończą a gdzie obiecane grafiki? :>

  • Sqva

    2012-02-14 23:08:26 napisał(a):

    Był? A moze...

  • Kuchar

    2012-02-14 20:42:27 napisał(a):

    I jak zwykle super opowiadanie, szkoda Tytusa ale dzielnym wojakiem był. @Pescyn - myślę że zdobycie jego karty to nie będzie duży wysiłek bo jest to karta o rarity N :P

  • pescyn

    2012-02-14 13:30:32 napisał(a):

    aż mi wstyd, że nie mam karty z Tytusem - dzięki opowiadaniom polubiłem postać - mam nadzieje, że jeszcze się pojawi ;) a fabularyzacja sezonu wykonana cudnie - więcej takich perełek [może się na jakąś antologię materiał nazbiera ...]

  • Kosma

    2012-02-14 10:47:36 napisał(a):

    Bardzo dobre opowiadanie.

  • Kronb

    2012-02-14 00:29:38 napisał(a):

    Ale... co z Tytusem? Nie żyje? Żyje? Będzie w nowym dodatku?

Dodaj komentarz